piątek, 14 czerwca 2013

Liebster Awards

No, wreszcie ktoś docenił mojego bloga! Do Liebster Awards nominowała mnie kolorowa98 i nie wiem za bardzo o co chodzi, ale dziękuję ci Asiu! :*
A oto odpowiedzi na postawione mi pytania:

1. Co zainspirowało cię do pisania własnego bloga ?
Moje sny, marzenia, śmieszne sytuacje, bliskie mi osoby, których charakter "odziedziczyły" moje postacie i ogólnie wybuchowa mieszanka.
2. Jest jakieś miejsce na świecie, które chcesz odwiedzić ? Jakie i wytłumacz dlaczego.

Rio de Janeiro! Jest to piękne miasto totalnie zmieniające się podczas cudnego karnawału, w którym marzę by uczestniczyć!
3. Jakiej muzyki słuchasz ?

Metal, ostry rock, hardcore punk, rap, hip-hop, pop... Wszystko co wpadnie mi w ucho!
4. Książka czy film ? Dlaczego ?

Zdecydowanie książka! Film zmienia mnóstwo rzeczy, od dialogów po sceny. A przede wszystkim dzięki książce mogę mieć własne wyobrażenie wyglądu bohaterów, na co nie pozwala film.
5. Gdzie można cię znaleźć w Internecie ? (fb, tt, tumblr, instagram itp.)

Nk, fb, tt, tumblr.
6. Ulubiona pora roku i dlaczego ?

Jesień! Długie wieczory, malownicze zachody słońca, burze z piorunami ^^, opadające z drzew kolorowe liście... Po prostu jesień.
7. Jakie masz plany na przyszłość ?

♥ Zwiedzić świat.
♥ Spełnić marzenia.
♥ Ukończyć studia i robić to, co kocham.
♥ Znaleźć kogoś, z kim będę chciała spędzić resztę życia.
8. Masz drugie imię ? Jakie ?

Patrycja. Początkowo to właśnie miało być moje imię.
9. Z czego piszesz ? Laptop czy komputer, a może telefon lub tablet ?

Komputer.
10. Co cenisz u drugiego człowieka ?

Szczerość, lojalność i przedewszystkim odwagę i upór, by wytrwale dążyć do celu.  To jest najważniejsze!
11. Morze czy góry ? Dlaczego.

Błękitne niebo, fale, słońce, piasek... Mimo całego uroku morza jednak wolę góry z wysokimi szczytami, świerzym powietrzem, szlakami turystycznymi, lasami, jeziorami... <3

Wielka szkoda, że nie mogę nominować osoby, która mnie nominowała :( , ponieważ kolorowa98 to jedna z najlepszych bloggerek, jakie znam! Jej blog jest po prostu świetny!
A więc muszę nominować jedenaście osób i zadać im jedenaście pytań. (Dlaczego wszystko jest związane z moją ulubioną liczbą? ;D )
Nominowani:

# Ania Gray
# Karou
# The Dreamers
# Patka Nema
#  Bella Alice Rosalie Cullen
# Julia Chan
#  Weronika Chruścińska
# --- (Tu nie mam pomysłu na nominację)
# ---
# ---
# ---

A oto pytania:

1. Dlaczego piszesz swój blog na taki a nie inny temat?
2. O czym marzysz?
3. Ulubiony film i dlaczego?
4. Czym się interesujesz?
5. Co chcesz robić w życiu?
6. Gdybyś miał jedno życzenie, o co byś prosił?
7. Jak można się z tobą skontaktować?
8. Jakie są Twoje ulubione bajki z dzieciństwa?
9.  Masz jakąś myśl która ostatnio cię dręczy?
10. Co lubisz robić w wolnym czasie ?
11. Wolałbyś lecieć na księżyc czy spełnić jedno ze swoich najskrytszych marzeń?

To chyba na tyle ;D

PS. Nie obrazicie się, jeśli rozdział dodam późno albo jutro? Bo dziś nie mogę...^^

środa, 12 czerwca 2013

Popsuty i pijana

Wszyscy bardzo cieszyliśmy się z tej wiadomości, ale Owen z Johnatan'em lekko przesadzili, upijając się.
Ja odmówiłam, Michael też, a naszej Małej nikt nie chciał nalać, więc nalała sobie sama. Trochę za dużo.
- Do dupy z twoim samochodem! Poduszkowiec, to byłoby coś! - wydarłą się do mnie.
- Poduszką to ja cię chyba zaraz uduszę - warknął Michael. - Siadaj.
Natasha wydęła wargi, ale posłusznie wsiadła do mojego samochodu Podczas jazdy też nie dawała spokoju.
- Mikey kochany, możesz jej powiedzieć, żeby się tak do mnie nie cieszyła cały czas? - zapytała Nat, płacząc ze śmiechu.
- Alex wcale się do ciebie nie cieszy - zauważył Michael.
- Nie Alex! Alex to sztywna babka. Ty też zachowujesz się jak dziadek! To ona cały szas mnie rozśmiesza! - śmiała się, pokazując ręką na lusterko wiszące nad przednią szybą.
- Oj Małą, trzeba cię było zostawić z Owenem i ojcem - stwierdził Mike. - Z nimi byś się dogadała.
- To ja mam pomysł - szepnęła. - Ty otwórz mi drzwi, Alex niech zwolni, a ja wyskoczę - mówiła całkiem poważnie.
Nie mogłąm dłużej, parsknęłam śmiechem.
- A pozatym, Owen jest  przystojnyyyyyyy - zaczęła, przeciągając wyrazy podczas mówienia.
- Hej, ty się nam tu nie zwierzaj, bo jutro będziesz tego żałować! Może masz teraz pięknie zalaną banię, ale rano będziesz miałą niezłego kaca.
Jechaliśmy przez chwilę w milczeniu, więc myślałam, że Natasha zasnęła. Ale nie!
- Jak mogłeś! - wydarła się do siedzącego z nią z tyłu, pilnującego ją Michaela. - Zabiłeś Freda! - płakała. - Ty żmijo bez nosa! Ty... Ty... Voldku!!!
Michael parsknął śmiechem.
- A jak będziemy w domu to chcesz odwiedzić Narnię? - zapytał jej Mike  ze śmiechem.
- Ale jesteś wredny! Nie pozwolę zamknąć mojej Natashy w szafie! - wydarłam się na niego.
Zrobił obrażoną minę.
- Zostaw moją mamę! - wydarłą się na niego Nat.  - Mamusiu, za ilę będziemy w domku?
Czy ona pytałą mnie?
- Za chwilkę, kochanie - odpowiedziałam ze śmiechem.
- A ten pan mi dokucza - poskarżyła się na Michaela. - Pan niedobry!
I uderzyła go w ramię.
- Au! Za co? Alex, ja jej oddam!
- Michael, słońce, ona nic nie rozumuje. Zostaw ją. Chcesz jej zrobić na złość? W mojej torebce jest kamera - uśmiechnęłam się do niego.
Szybko skorzystał z propozycji.
- Natasha, opowiesz nam o Owenie? - zapytała, ustawiając na nią nagrywanie.
- To totalny pajac, ale go lubię. I ma kontakty z duchami - zrobiła minę znawczyni i pokiwała głową. - Takimi małymi ludzikami też, a wiesz co? - zapytała szeptem. - Pstryk.
Strzeliła go w nos, gdy nachylił się bliżej z kamerą. Roześmiałam się na cały głos.
Poszarpali się tam z tyłu trochę.
- Dzieci, jesteśmy!
Naprawdę, zachowywali się jak dzieci. Po Nat się tego spodziewałam, za dużo wypiła. Ale Mike?
Wysiadł z auta, a ja szybko wyciągnęłam z niego Natashę i próbowałam zaprowadzić ją do domu, co nie było łatwe, bo cały czas się wyrywała.
- Mam prawo do telefonu i adwokata!
- Zadzwonić do twojej mamy? - zapytałam.
- Nie, odpuszczę sobie - przestawała się szarpać. - A adwokat?
- Tam stoi - wskazałąm na Michaela.
- Bardziej przypomina Hitler'a. I co, zagazujesz mnie? Nie dam się zabrać do tego obozu!
- Dziecko, co ty czytasz,  oglądasz? O czym ty myślisz?! - wydarł się Michael.
Natasha zasiadła na ziemi.
- Daj się zaprowadzić do domu! - ja też powoli traciłam nerwy.
- Dobra - zastanowiła się. - Ale jemu - wskazała na Mike'a.
Michael westchnął i wziął ją pod ramię. Przy wchodzeniu po schodkach (trzy stopnie) zaczęła tańczyć. Michael cały czas w drugiej ręce trzymał kamerę, a jedną prowadził Nat.
- I tak się tańczy, stare grzyby! - wydarła się. - I bioderko!
Stuknęła w Michaela. Ten upadł na wylaną betonem  ścieżkę o mojego domu.
- Moja noga! - uskarżał się.
Posadziłam walczącą o wolność i prawa człowieka Natashę na ziemi i podeszłam pomóc Mike'owi wstać.
- Wolność, równość, braterstwo! - darła się. - Honor, ojczyzna! Zapamiętajcie to, nędzne suki!
Pomogłąm Michaelowi wstać, ale chyba skręcił kostkę. Sam jakoś doszedł do domu, a ja zaprowadziłam Natashę na górę, do jednej z nieużywanych sypialni i po pozamykaniu wszystkich okien położyłam ją spać.
Gdy zeszłam na dół, na podjazd włąśnie podjechałą taksówka z Nicole i Victorią. Uściskałam obie dziewczyny i zaprowadziłam do salonu, gdzie siedział Michael.
Nikki przywitała się z nim, ale Vicki patrzała na niego nieufnie.
Podeszłam do Mike'a i przytuliłam go.
- Victoria, to jest Michael.
Mike podszedł do niej, lekko kulejąc.
- Hej malutka - przywitał się.
Zwróciła się do mnie, gdy nalewałam soku do szklanek.
- Długo nas nie odwiedzałaś. Teraz wiem dlaczego - spojrzałą znowu na Mike'a. - Bo kupiłaś sobie męża! - wzniosła do góry swoje małe rączki.
- No to będzie jazda - stwierdziłą ze śmiechem Nicole.
Na wzmiankę o kupieniu męża rozlałam sok.
- Cholera - mruknęłam.
- Co? - upomniała mnie jak zawsze  gdy przy niej przeklinałam.
- Taka choroba - zaczęłam ścierać sok. - Michael nie jest moim mężem, tylko chłopakiem i wcale go nie kupiłam.
Nie zwracała uwagi na moje słowa.
- Ale źle wybrałąś - wypaliła. - Bo on jest popsuty.
- Ale mój - zaśmiałam się. - Niedługo mu przejdzie.
- To co? Damy porozmawiać Alex i Nicole i pójdziemy się pobawić?  - zwrócił się Michael do małej.
- Ocywiście. Ale będziemy księżniczkami - mówiła, ciągnąc go do pokoju. - Ja jestem Bellą!
Po chwili zniknęli w pokoju obok.
- Ona go zamęczy - zaśmiała się Nikki.
- Raczej nic go już dziś nie wyprowadzi z równowagi... Natasha śpi pijana na górze... To już chyba koniec niespodzianek. A co u ciebie? Jak w szkole? Radzisz sobie?
Po tych wszystkich przejściach zaczęłam być dla Nicole jak starsza siostra, której mogła się zwierzać.
- Jest dobrze...
- Poznałaś jakiegoś przystojniaka? - mrugnęłam do niej.
Zaczerwieniłą się.
- Jest taki jeden... Nathan... - zaczęła niepewnie.
- Opowiadaj!
Po jakimś czasie spojrzałam na zegarek. 22,56. Niezłe mam znaczenie dla  "jakiegoś czasu". Gadamy już ponad 5 godzin.
- Co?! - zdziwiła się Nicole. - To co oni tam robią?
- Jeszcze żadno nie wpadło z krzykiem, wi ęc chyba jest dobrze - zapewniłam ja.
I było. Zaspali. Michael na dywanie przed telewizorem a Victoria na kanapie., prawdopodobnie podczas wpinania kolejnej spinki we włosy Mike'a.
Nicole parsknęła śmiechem i wyciągnęła aparat.

Spiderman i nie tylko

Otworzyłąm oczy i sięgnęłam po ten głupi telefon. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zamiast odebrać nie rzucić nim o ścianę, bo kto tak wcześnie dzwoni do ludzi. Ale na zegarku była już 10,2!  Muszę się szybko zbierać, bo o 4 przyjeżdża Nicole z Victorią, bo z powodu ujawnienia prawdziwej tożsamości Evelyn pojawiło się wiele pytań (a to wszystko działo się gdy siedziałam przy Michaelu, w szpitalu) i teraz matka razem z Blackami wyjeżdża...  Gdzieś tam.
Tymczasem telefon nadal dzwonił. Odebrałam.
- Słucham? - burknęłam zaspana.
- Mogłąbyś przyjechać? Jest coś, co chciałabym... - zaczęła bez przywitania Susan.
- Tak, dobrze spałam, dziękuję za troskę! I nie, nie martw się, że obudziłaś mnie kolejną sprawą, chociaż na razie miał być urlop!
- Przepraszam! - zaczęła się tłumaczyć. - Nie chodzi o sprawę. Bo mamy ten urlop. Po prostu to jest taka inna sprawa... Przyjedziesz?
Byłam całkiem zdenerwowana jej gadaniem od rzeczy. Nie ma sprawy, ale jest "taka inna sprawa"? I gdzie ja mam jechać?
- Susan, ja nie wiem, czy to dlatego, że przed chwilą wstałam i mój mózg nie pracuje jeszcze na pełnych obrotach, ale nie rozumiem o co ci chodzi - stwierdziłam. - Możesz jeszcze raz, ale teraz daj mi szansę na zrozumienie?
- Przyjedź! Jaśniej się nie da!
- Ale gdzie?! Biuro? Czy może podasz adres? - coraz bardziej się irytowałam.
Moja zwykła wyrozumiałość i cierpliwość znikła razem ze snem.
- Do mnie, do domu.
I się rozłączyła. No nie mogę! Jeśli nie wykończą cię kulką to psychicznie! Do kogo mam złożyć skargę?  Chyba nawet prezydent nic nie poradzi. Halo, jestem detektywem, nie medium! Nie widzę przysłości i nie czytam w myślach!
Wzięłam prysznic i zebrałam się najszybciej jak mogłam, bo skoro nasza zawsze opanowana Sus zaczyna gadać od rzeczy, co dzieje się z resztą? Oni też tam będą?
Wsiadłąm w samochód i już po chwili wysiadłam przed wielkim domem należącym do Susan. Gdy weszłam na posesję, od razu przy mnie zajwił się wielki ciemny pies.
No świetnie. Mam stać w miejscu, czy się ruszyć? Ten pies warczy i pokazuje zęby! Nie trzebabyło wchodzić na podwórko!
- Susan?! - zawołałam niepewnie.
Po chwili zobaczyłam Owena wychodzącego zza domu.
- Kora! - zawołał na psa.
Ten natychmiast dał mi spokój.
- Co to za cyrk? - zapytałam chłopaka.
- Ty myślisz, że ja wiem. Budzą porządnych ludzi po południu z rana i każą przyjeżdżać. Nawet ich tu nie ma, powinni zaraz być.
Zaprowadził mnie na tyły domu, do ogrodu, gdzie już siedział zaspany Michael i jak zwykle tryskająca energią Natasha.
Michael pocałował mnie na przywitanie, a Mała od razu mnie uściskała.
- Jak ja cię dawno nie widziałam! - stwierdziła.
- No tak, kilka dni - zaśmiałam się. - Dużo tych kaw wypiłaś? Cz tego  energo-świństwa?
- Ważne, że daje kopa.
Pokręciłam głową. Usiedliśmy na jednej z ławek i rozmawialiśmy. O kompletnych głupotach.
- Natasha, o co chodzi z tymi superbohaterami? - zapytał nagle Mike.
Parsknęłam śmiechem, zawtórował mi też Owen i Nat.
- Co? W głowie ci się poprzewracało?! - zapytała  ze śmiechem.
Zrobił dziwną minę.
- Alex? Myślałam, że nasze oceny filmowych postaci zostają tylko między nami? - zwróciła si ę do mnie z udawaną złością.
- Michaela zastanawia fakt, dlaczego toleruję tylko Spiderman'a - i parsknęłyśmy śmiechem, mimo irytacji chłopaków.
- Bo... Superman to... Ciota, a Batman to pedał - udało się wydusić Natashy, w przerwach między napadami śmiechu.
- Masz zły wpływ na moją Alex - powiedział Michael, przysuwając mnie bardziej do siebie.
- Dobrze, że nie wiesz, co jest nie tak z Hulk'iem - parsknęła.
Owen pokręcił głową.
- Hulk rozwali was wszystkich - zapowiedział, udaj ąc  swego bohatera.
- Nawet Spiedrman'a? - zapytałam, wstając.
Już po misji, pomyślałam. I miałam zmierzyć się z Owenem.
-Rozwalę cię jedną ręką - powtórzył swoje słowa sprzed kilku tygodni.
- Nie, nie, nie. To ty będziesz potrzebował jakiejkolwiek szansy.
Skoczyłam na niego. Oczywiście, to była tylko zabawa, więc nie uderzałąm mocno. Skoncentrowałam się tylko na przewróceniu Owena.
- Tak jest! - krzyknął Michael, gdy Owen upadł na ziemię. - Moja dziewczynka!
I przyszedł mnie uściskać. Ale ja miałam inne plany. Przewróciłam też jego.
Nagle poczułam jak coś ścina mnie z nóg. Upadłąm obok chłopaków i zobaczyłam Natashę nad nami.
- Złóżcie pokłon Spiderman'owi w wersji kobiecej! - darła się.
I w sekundę ucichła, gdy spojrzała na stojące przy wejściu do ogrodu dwie postacie patrzące na nas z niedowierzaniem.
- Wstawajcie, szybko! - syknęla do nas. - Poprzewracali się - wyjaśnoła z niewinną minką Johnatanowi i Susan, którzy z uniesionymi brwiami patrzyli na nas.
Ociężale poszłam w ślady Michaela  Owena i podniosłam się.
- Co od nas chcieliście? - zapytał Mike.
Popatrzeli po sobie niepewnie.
- Zaręczyliśmy się - wydukał w końcu Johnatan.
- Ślub za dwa tygodnie - skakała ze szczęścia Susan.
- TO WSPANIALE!

I jak się podoba? ;D Ja płakałam ze śmiechu, gdy to pisałam. A dziś jeszcze jeden, mój karny. Johnatan i Susan <3

wtorek, 11 czerwca 2013

Ciąg dalszy

Weszliśmy do domu Michaela.
Było czysto, jasno... Czego innego się spodziewałam. Nawet na szafkach nie było kurzu! Miał sprzątaczkę, czy co? A myślałam, że to u mnie jest czysto...
Zaprowadził mnie do salonu, gdzie czekał ogromny stół zastawiony jedzeniem, na którym stało również kilka świec.
- Postarałeś się - pochwaliłam.
- To jeszcze nie koniec - uśmiechnął się.
Zniknął na chwilę w pomieszczeniu, które musiało chyba być kuchnią i wrócił z bukietem róż i szampnem w rękach.
Wręczył mi róże i podszedł do stołu.
Odsunął mi krzesło i zasiadłam razem z nim przy stole. Otworzył szampana i nalał sobie do lampki.
- Ja dziękuję - mruknęłam. - Muszę wrócić do domu.
- Zamówię ci taksówkę - przekonywał. - I tak nie masz tu samochodu.
No tak. Pozwoliłam nalać sobie szampana.
Zajęłam się rozglądaniem się po pomieszczeniu. Kanapa, telewizor, wieża stereo... I wielki fortepian w drugim kącie pokoju.
- Grasz? - zapytałam zdziwiona.
Chyba wyrwałam go z zamyślenia.
- Ach... Czasami - mruknął.
- A dla mnie zagrasz? - uśmiechnęłam się.
- A muszę? - jakoś nie chciał.
- Proooszę... - zaczęłam.
Zrobiłam maślane oczka.
- Ale tylko dla ciebie - uprzedził i zaciągnął mnie do fortepianu, gdzie usiadłam obok niego.
Grana przez Michaela melodia wreszcie dobiegła końca.
- Świetnie grasz... - pochwaliłam. - Tylko ja jestem takim kompletnym beztalęciem...
Pocałował mnie.
- Nieprawda. Dobrze walczysz.
- Na pewno nie lepiej od ciebie - zauważyłąm.
Udawał, że chce się na mnie zamachnąć. Złapałam jego rękę w powietrzu.
- Przestań - zaśmiałam się.
Drugi raz. O nie! Przewróciłam go na ziemię.
- A nie mówiłem?
- Co?
- Że lepiej walczysz.
- Podłożyłeś się. Przestań. Jesteś zaślepiony.
- I to jest twój talent. Oczyszczamy świat z potworów - zaśmiał się. - Jesteśmy jak Superman.
- Tylko nie Superman - parsknęłam.
- Batman? Hulk?
Pokręciłąm głową.
- Spiderman - rzuciłam.
- Ten od pajęczyn? A co jest nie tak z resztą?
- Zapytaj Natashy - dalej się śmiałam.
- Coś czuję, że ona ma na ciebie zły wpływ.
Wzruszyłam ramionami. Mike wstał i pomógł mi się podnieść.
- A teraz zapraszam do jedzenia.
Podeszłam do stołu i usiadłam.
- Witam, mam na imię Michael i dzisiaj będę panią obsługiwał... - zaczął, kłaniając się.
- Przestań się wydurniać - zaśmiałam się.
Puścił to mimo uszu i zaczął nakładać mi na talerz jakieś ładnie pachnące danie.
Gdy usiadł, zaczęliśmy jeść. Smakowało...
- To jest pyszne - zauważyłam. -talent kulinarny też masz?
Zazczął się śmiać.
- Taa, jasne. Wszystko jest z restauracji - zrobił smutną minę.  - Moje zdolności kulinarne ograniczają się do zagotowania wody.
- Więc następnym razem zapraszam na kolację do mnie.
Jeszcze jakiś czas rozmawialiśmy, co chwilę wybuchając śmiechem. Z Michaelem czas mijał mi tak szybko. Zerknęłam na zegarek. 2.23.
- Powinnam już iść.
- A może byś została? - zapytał z uśmiechem.
- Próbujesz mnie uwieść? - parsknęłam śmiechem.
- Nie śmiałbym. Ale daj mi jeszcze chwilę - poprosił. - Zamknij oczy.
Byłam podejrzliwa i nie od razu spełniłam jego prośbę.
- Alex?
- Po co? - zapytałam nieufnie.
- Zaufaj mi.
Spełniłam jego prośbę, jednak nie zamknęłam całkiem oczu.
- I co ja mam z tobą zrobić? - jęknął.
Zacisnęłam powieki.
Po chwili poczułam coś zimnego w zagłębieniu pod szyją i usta Michaela na moich.
- Co to ma być? - zapytałam ze śmiechem.
Spojrzałąm na łańcuszek, który Mike zawiesił mi na szyi. Literka "M".
- Żebyś nigdy o mnie nie zapomniała - szepnął.
- Myślisz, że bym mogła?

Strasznie przepraszam za niedodanie wczoraj rozdziału!!! Ale po prostu nie miałam siły. To jak, może dziś zadośćuczynienie? Co powiecie na drugi rozdział??? ;D

piątek, 7 czerwca 2013

Serio?

Siedziałam przed wielkim lustrem w mojej garderobie i przyglądałam się swojemu odbiciu. Bo zaraz (za dwie godziny) miał przyjechać po mnie Michael.
Michael... Ten skurczybyk! Bo w szantażu zgodziłam się na randkę z nim. No ale cóż, nie powiem, że się nie cieszę. W końcu klamka zapadła, oboje wiemy, co czuje drugie...
Tyle, że nie wiem, gdzie jedziemy. A znając Mike'a, prędzej umrę z ciekawości niż się dowiem. A kiedy się dowiem, może być za późno. Bo gdy się zgodziłam, znowu na jego twarz powrócił uśmiech w stylu "knuję coś niedobrego".
No, ale nie mogę siedzieć w szlafroku przed lustrem. Ale co założyć? Sukienkę? Eee...
- Dasz radę - mruknęłam. - Zmagasz się z zabójcami, nosisz przy pasku broń, a boisz się głupiej randki...
Nie jest dobrze. Gadałam sama do siebie. Jestem świrem, a przynajmniej to pierwsze objawy paranoi.
A teraz wybór: psychiatra, czy Michael?
Doskonale wiedziałam, do kogo mi spieszno.
Westchnęłam głęboko. W samym krańcu szafy leżała prześliczna sukienka. Fioletowa, do kolan, z lekkim wycięciem i z lekkiego materiału, z marszczeniami. Kiedy wszystko nie było tak skomplikowane, Sonya kazała mi ją kupić, ale nie założyłam jej ani razu.
Wyjęłam ją z szafy i odstawiłam. Rozpuściłam włosy, które po prysznicu zaplotłam w dwa cienkie kłosy. Zdązyły wyschnąć i tera opadały na ramiona w lekkich falach. Postanowiłam ich nie spinać.
Teraz makijaż. Użyłąm srebra i fioletu do oczu oraz czarnego tuszu do rzęs. Czerwona szminka i to wszystko. Różu na twarz nie trzeba mi było - i tak byłam całą czerwona. Założyłam też sukienkę.
Kobieta, która stanęła przed lustrem nie była mną. Ja tak nie wyglądam. To była raczej modelka... Ale czegoś brakowało.
Biżuteria! Założyłam na uszy kolczyki w kształcie kółek, z których na łańcuszkach spływały czarne łezki. Do tego naszyjnik z zawieszką w kształcie serca i liczne, czarne, cienkie bransoletki.
Michael powinien być lada chwila, więc założyłam czarne szpileczki i wzięłam małą torebkę. Ruszyłam do salonu...
- Wiedziałem, że będziesz się stroić - usłyszałam, gdy otworzyłąm drzwi od garderoby.
W pierwszym odruchu zaczęłam krzyczeć, więc Michael złapał mnie i przyłożył mi palec do ust.
- Cicho!
- Jak dostałeś się do mojego domu?! - krzyknęłam.
Chyba nie byłam aż tak zamyślona, by nie usłyszeć wyważania drzwi. Bo byłam prawie pewna, że je zamknęłam.
- Drzwiami - zaśmiał się. - Nie powiem, różnie reaguje się na mój widok, ale nigdy krzykiem...
Parsknęłam śmiechem, uświadamiając sobie jak komicznie to musiało wyglądać.
- A jak na ciebie reagują? - zapytałam.
- Czyżbyś była zazdrosna? - zakpił.
- Nie, skąd - nagle znowu przypomniałam sobie dręczące mnie pytanie. - Jak tu wszedłeś? Długo tu jesteś?
- Od kilku minut. Ma się te zdolności to się wejdzie wszędzie - mruknął, pokazując mi pozginany drut. - Ale przyszedłem niedawno, też musiałem się odstawić na bóstwo - mrugnął do mnie. - Jesteś śliczna.
Dopiero po tej wzmiance zwróciłam uwagę na jego wygląd. Ciemne jeansy, biała koszula i skórzana kurtka z pewnością dodawały mu uroku. Przeszkadzał tylko bandaż widoczny zza kołnieżyka koszuli.
- Czy nie powinno się mówić "ładnie dziś wyglądasz"?
- Nie, bo to byłoby kłamstwo. Powiedziałem "jesteś śliczna", bo ty zawsze jesteś śliczna.
- A ty  śliczny i zaślepiony - zaśmiałam się.
Korzystając z tego, że trzyma mnie w ramionach, pocałował mnie namiętnie.
- Ach, kiężniczko, chodźmy już - uśmiechnął się zwiadiacko. - Bo nie zdążymy ze wszystkim.
Zaprowadził mnie do samochodu, otworzył przede mną drzwi...
- Moge się dowiedzieć gdzie jedziemy? - zapytałam coraz bardziej zirytowana.
- Nie, bo to bardziej cię zdenerwuje - uśmiechnął się.
- A dlaczego chcesz mnie denerwować...?
- Bo to cię motywuje - uśmiechnął się. - Ta-damm!
Nie. Dojechaliśmy na miejsce, czy Michael robi sobie żarty? Wesołe miasteczko?!
- Chory jesteś?!
- Och, no dawaj. To dopiero początek - zaśmiał się cicho.
Niech się cieszy, że jest o wiele silniejszy ode mnie, bo na siłę wyciągnął mnie z auta.
- Poddajesz się? Myślałem, że zrobisz dla mnie wszystko - i spojrzał na mnie tymi swoimi "smutnymi" oczami...
Koniec. Wiedział, że zrobię co tylko chce. Zadowolony, że dopiął swego, wziął mnie w ramiona, pocałował i wprowadził w piekło pełne karuzel, pluszowych misiów, straganów...
- Strzelnica. Chyba lubisz rywalizację? Albo nie, bo na pewno przegrasz...
- Nie bądź tego taki pewny, kotku - powiedziałam.
Ucieszył się z poprawy mojego humoru.
Podszedł do straganu ze strzelnicą i poprosił o strzelbę i naboje. Na trzy strzały oddał dwa w środek tarczy i jeden w linię otaczającą środek. Od razu wygrał zabawkę.
Podszedł do mnie i wręczył mi metrową maskotkę.
- Miś dla mojego misia - pocałował mnie. - Pobijesz to? - uśmiechnął się szelmowsko.
Oddałam mu maskotkę i poprosiłam o naboje. Pierwszy strzał; idealnie w środek. Drugi; to samo. Trzeci... Gdy strzelałam, poczułam, że Michael mnie łaskocze. Nie trafiłam nawet w tarczę.
- Niech cię szlag trafi - mruknęłam, śmiejąc się.
- Wygrałem! Ha, ha! - cieszył się jak dziecko.
- Oszust! - krzyknęłam. - To nie fair! Oszukiwałeś!
- Nie określiłaś zasad! - facet od strzelnicy patrzyła na nas jak na wariatów. - Oszalałem z miłości - wyznał mu Michael.
Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem. Michael objął mnie ramieniem i odeszliśmy w stronę następnych atrakcji.
- Szczeniaki... - usłyszałam zrzędzliwy głos faceta. Zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej.
Następne były karuzele, gokardy, kolejka górska i dom strachów, w krórym uderzyłam zombie. No ale sam się prosił, wyskakując z wrzaskiem zza drzwi. Omal nie dostałam zawału, ale Michaela rozśmieszyłam do łez.
Po tym wszystkim zerknęłam na zegarek. 20 :11, przy czym przyjechaliśmy tu trzy godziny wcześniej.
- Chyba już jedziemy - powiedział, jakby czytając mi w myślach. - Czekają kolejne atrakcje.
Zaczęliśmy powoli kierować się w stronę wyjścia. Zaczęłam szybko biec.
- A co to ma być?! - krzyknął za mną.
- Rewanż!
Byłam już prawie przy wyjściu z wesołego miasteczka, Mike nigdy by nie nie dogonił, gdy nagle złamał mi się obcas i runęłam na ziemię. Całe szczęście, sukienka ocalała nawet bez jednej plamki.
Z torebki wyciągnęłam mój nieodłączny nóż sprężynowy i zabierałam się do udoskonalenia moich butów poprzez pozbycie się obcasów.
- Co robisz? - zapytał zdziwiony Michael.
- Naprawiam, kurde, buty - powiedziałam, zakładając buty i przypatrując się swojemu dziełu. - I właśnie dlatego zawsze noszę adidasy.
- Więc poświęciłaś się dla mnie? - zaśmiał się.
- Nieważne - mruknęłam. - Jedźmy już.


Przepraszam, że tak późno, ale dzisiejszy dzień to istna paranoja. Z deszczu pod rynnę. Zaczynam wierzyć, że ten świat to istny dom wariatów. Ale ja i tak rządzę! ;p

środa, 5 czerwca 2013

Ranny

Siedziałam na fotelu obok łóżka Michaela. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, co stało się tydzień temu.
Tydzień. Bo tyle Mike leżał już w śpiączce. Byliśmy wszyscy coraz bardziej zdenerwowani.
- To musi trochę potrwać. Kula przeszła obok serca, cudem je omijając, ale uszkadzając po drodze wszystkie narządy. Pani przyjaciel to silny mężczyzna, walczy. Ledwo uszedł z życiem i myślę, że jakieś szanse istnieją. Ale nie mogę nic obiecać - tylko tyle usłyszałam od lekarza.
"Nie mogę nic obiecać...". I właśnie to, do cholery, mnie dobija! Bo to nie on powinien teraz leżeć w śpiączce i walczyć o życie! To powinnam być ja!
Głupi bohater, przeze mnie teraz umierał...
"Walczy...". Ale jak długo? I o co?
O mnie? Nie warto.
O Nicole i moją matkę? To nie jego sprawa, po co się do cholery przejmował?!
O Sonyę? I tak uciekła. Śmierć  matki, uwięzienie ojca... To dla niej za dużo.
Walczył o te wszystkie sprawy, jedna po drugiej. Pomagał każdemu, ale w jego walce nikt nie może mu pomóc. A stawką jest życie.
Ukryłam twarz w dłoniach i po prostu się rozpłakałam.

- Mam powiedzieć jeszcze wolniej, żebyś zrozumiała? - zapytała Natasha. - Czy inaczej sformuować? Wiem, krzyk załatwi sprawę. W takim razie: CHODŹ COŚ ZJEŚĆ!
- W szpitalu nie wolno krzyczeć - upomniałam ją, próbując zbyć.
- No coś ty? Serio? A teraz odejdź od Mike'a i idziemy do stołówki. Siedzisz tu przez dwa tygodnie, dzień w dzień! Johnatan zostanie z nim  - wskazałą na Michaela. Śpiącego Michaela.
Dwa tygodnie. Moja wina, wszystko przeze mnie.
- Kochanie, przecież nic się nie stanie jak stąd wyjdziesz. Wrócimy i Michael nadal tu będzie. Lekarze mówią, że jest coraz lepiej.
Tyle, że oni mówią co chcą. Mówili, że nie przeżyje pierwszych 48 godzin. Mówili, że po udanych operacjach będzie już tylko lepiej. Ale nie ma poprawy.
Pokręciłam głową.
- Nie możesz tu siedzieć, masz normalne życie. Matkę, Nicole... Odwiedź je!
- To ja powinnam tu być - szepnęłam.
- Nie, Johnatan tu też jest, wyszedł na chwilę. Zaraz wróci, zostanie z Michaelem...
Znowu pokręciłam głową. Nie rozumiała. To ja powinnam być na miejscu Michaela!
- Evelyn się o ciebie martwi. Od akcji byłaś u niej tylko dwa razy, resztę czasu spędzasz w szpitalu - zaczęła z innej beczki. - Pojedź do niej. Porozmawiaj z nią. Alex, wszystko będzie dobrze. Nie możesz się załamać. Dla Michaela.
Dałam zaprowadzić się na obiad, do domu matki...

Telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Johnatan.
- Co się...?
- Michael się obudził - usłyszałam w słuchawce.
Michael.
- Już jadę.
Szybko wyzbierałam się i wsiadłam do samochodu. Michael. Jechałąm szybko, modląc się, by nie natknąć się na żaden radiowóz. Nie potrzebowałam kłopotów.
Z piskiem opon zatrzymałam się przed szpitalem. Od razu skierowałam się do sali Michaela.
Przed drzwiami stała Susan.
- Co z nim?
- Wybudził się godzinę temu. Nie chcieliśmy cię budzić, ale pomyślałam...
Uściskałam ją.
- Dzięki.
Z sali wyszedł Johnatan. Spojrzałam na niego uważnie.
- No co? Nie patrz tak na mnie. Idź do niego - zaśmiał się Johnatan.
Widocznie poprawa u Mike'a poprawiła mu humor. Powoli otworzyłam drzwi i weszłam do sali.
- Więc co? Umówisz się wreszcie ze mną?
Michael. Co on gada?! Wylądował w śpiączce, przeze mnie, obudził się i gada takie głupoty? Pożałuje.
- Ty idioto! Jak śmiałeś?! - wydarłam się.
Patrzał na mnie rozbawiony i z politowaniem.
- Uważasz to za śmieszne?! Mogłeś zginąć! Umierałeś! Na moich oczach! I po co?! Jesteś skończonym kretynem... - zabrakło mi słów.
- I czego się drzesz? - zaśmiał się.
No tak, temu to humor dopisywał. Mimo rany, bólu, podłączenia do różnych maszyn, kroplówek, po tylu operacjach...
Środki przeciwbólowe.
- Wiem, jesteś naćpany - to było jedyne wytłumaczenie.
- Nie jestem - parsknął.
- Więc jak możesz coś takiego mówić? - zapytałam retorycznie. - Jesteś debilem.
- Och, daj spokój. Jestem wszystkiego świadomy - zirytował się.
Podniósł się na łokciach i sięgnął do kroplówki na nadgarstku. Chciał ją zerwać. Momentalnie znalazłam się obok niego.
- Ani mi się waż! Mało ci bólu? - złapałam jego ręce w swoje dłonie.
Pocałował mnie. Oddałam pocałunek.
- Nienawidzę cię - szepnęłam. - Za to, że jesteś nieodpowiedzialny, lekkomyślny...- płakałam. - Za to, że jesteś odważny, że zostałeś ranny, że chciałeś mnie ochronić... Że tak się o ciebie martwiłam. Za to, że cię kocham.
Zaśmiał się cicho i jeszcze raz pocałował. Spróbował usiąść i syknął z bólu.
- Idę po lekarza.
- NIE!!!

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Nie, nie, nie...

- Sonya? - stanęłam zszokowana, ale nie opuszczałam broni.
Pokręciła głową ze smutnym uśmiechem.
- Sonya Ross nigdy nie istniała. Ale Lena... - przerwała na chwilę, by spojrzeć mi w oczy. - Lena Silver...
Silver. To o to tu chodziło.
- Córka Olivera Silver i Madeline Swan... - kontynuowała.
Cofnęłam się o krok i wpadłam na Seana.
- Nie, to niemożliwe, Sonya...
- A ten cały cyrk po to, by pilnować ciebie i Damona - pod uśmiechem ukrywała smutek. - Ale nie mogłam nic zrobić, kiedy już się dowiedziałaś. Zniknij, póki masz czas, rozumiesz?! - krzyknęła. - Najlepiej byłoby, gdybyś po prostu zniknęła!
Opuściła pistolet. Sean natychmiast podszedł jeszcze bliżej z pistoletem. Złapałm go za rękę.
- Sonya...
- Sonyi nie ma. Nigdy nie było.
- To właśnie Sonya stoi teraz przedemną. Nie jesteś taka jak oni...
- Nie wiesz, jaka jestem! Do cholery, nigdy nie potrafiłaś dostrzec tego, że nie jestem sobą! Nie znasz mnie!
Nie mogłam uwierzyć, w to, co mówi. Jak mogła mnie o to obwiniać?
- Mogłabym pomóc, gdybyć tylko powiedziała...
- Nie mogłam!
- Więc powiedz mi coś teraz. Musimy stąd wyjść, jak najszybciej. Gdzie Evelyn i Nicole?
Pokręciła głową.
- Nie ma czasu, uciekaj! - machnęła na mnie ręką.
- Gdzie? - nie dałam za wygraną.
- Na dole, jest takie pomieszczenie, ale...
Nagle do pomieszczenia weszła drobna, rudowłosa kobieta podobna do Sonyi.
- Lena! - krzyknęła i rzuciła się w stroną córki.
Sean natychmiast przeniósł pistolet w jej stronę, ja zrobiłam to samo. Madeline zamarła.
- Lena, zastrzel ich! - krzyknęła kobieta, widząc pistolet w rękach Sonyi.
Dziewczyna nie drgnęła.
- Sprowadź pomoc, zrób coś do cholery!
Sonya pokręciła głową.
- To chyba koniec. Gdzie kobiety, które porwałaś?! - krzyknął Sean.
Uśmiechnęła się i rzuciła na mnie. Sean złapał ją i przystawił jej lufę do głowy.
- Ani ruchu - ostrzegł.
W jej dłoni zaświeciło ostrze noża i Sean syknął, gdy go przecięła. Nogawka jego spodni zabarwiła się natychmiast na czerwono.
Wycelowałąm w nią, Sonya dalej siedziała nieruchomo pod ścianą.
- Zabiję cię! - krzyknęłam.
- Nie dam wam tej satysfakcji - mruknęła, wbijając sobie nóż w brzuch.
Sonya krzyknęła i rzuciła się w jej stronę.
- Sonya, musimy iść. Nie pomożesz jej - wzięłam ją pod rękę i szybko wyszłyśmy.

- Są w pomieszczeniu na dole, w piwnicy - przekazałam Michaelowi, który dołączył do Sus i Johnatana.
Razem z Seanem miałąm dołączyć do Natashy i Owena.
- Postrzelili Owena! - poinformowałą nas Nat. - Ale wyszkolonymi bandytami nazwać ich nie można. Rozłożyłam pięciu - zaśmiała się.
- Idziemy do was. Jest tam jeszcze ktoś?
- Pełno snajperów, chyba CIA. Połowa weszła do budynku, reszta została.
- CIA? - zdziwił się Sean. No tak, przecież to oni zdradzili.
- Tu trwa jakaś cholerna strzelanina, wszędzie śmigają kulki.

Wyszłam z budynku i obok głowy przeleciał mi nabój. Uniosłam ręcę do góry i ostrożne wyszłam. Sean zrobił to samo.
- Sean? - usłyszałam głos.
- Na dole są ludzie, musicie im pomóc.
- Sean, my... - zaczął tłumaczyć nieco podstarzały facet z CIA.
- Nie ojcze. Pomóż im. Nie mi się tłumacz.
Mężczyzna skinął głową.
- Mamy Olivera.
Ta informacja na mnie zadziałała.
- Muszę go zobaczyć.

Oliver. Oliver Silver. Mężczyzna, którego śmierci pragnęłam odkąd poznałam prawdę siedział teraz przedemna w kajdankach i pilnowany przez grupkę snajperów.
Podeszłam i uderzyłam go w twarz.
- Jest i Alexandra.
Uderzyłam go jeszcze ras. Syknął z bólu.
- Charakter masz po ojcu - uśmiechnął się. - Ale wygląd po matce.
- Nie masz prawa mówić o moich rodzicach! - syknęłam. - Powinieneś nieżyć.
- Wiem, co zrobiłem i że jest to...
Uderzyłam go kolejny raz.
- Nie będę wysłuchiwałą łzawych przeprosin. Dobrze wiesz, co robiłeś...
- Ale to jest życie, które wybrałem. Myślisz, że najlepszą karą dla mnie jest śmierć? - zapytał retorycznie. - Nie sądzisz, że chodzi tu o  życie z poczuciem winy?
- Do tego potrzebne jest sumienie. Ty go nie masz - warknęłam.
- Ale mam kogoś, kogo kocham, a kto cierpi - powiedział.
To mnie zdziwiło. Zabójca mojego ojca i siostry i mężczyzna, który więził moją matkę ma uczucia?
- Lenę. Mam do ciebie tylko jedną prośbę. Albo nie, nie rób tehgo dla mnie. To twoja przyjaciółka.
- Nie. Ja nawet nie znam Leny - powiedziałam z kamienną twarzą.
- Mamy dziewczyny - usłyszałąm w nadajniku, który znajdował się w moim uchu.
Szybko wyszłam i skierowałam się do placu obok budynku.

- Jejku, jak ja się o was wszystkich martwiłam! - uściskałąm Michaela. - Gdzie Evelyn i Nicole?
Michael zaśmiał się cicho.
- Czekają w śmigłowcu - powiedział cicho. - Już po wszystkim?
- CIA pod dowództwem Seana sprawdza cały teren, śmigłowcami zabierają stąd ludzi...
- A co z Owenem?
- Natasha poleciała razem z nim. Ale został postrzelony w ramię, więc jak twierdzi "nic poważnego" mu się nie stało. Sean też jest ranny, ale odmówił pomocy. I oczekuje wyjaśnień - dodałąm.
- Musimy mu powiedzieć - skinęłam głową. - A co z Sonyą? - zapytał zmartwiony. Najwyraźniej Natasha przekazała mu już o niej informacje.
- Pilnują jej w śmigłowcu. A tobie nic nie jest? Albo mamie, albo Nicole?
- Obeszło się na siniakach. Chodźmy już. Czekają tylko na ciebie - powiedział Michael.
Już po wszystkim. Nareszcie.
Złąpał mnie za rękę i zaczęliśmy iść w stronę śmigłowca. Koniec tego wszystkiego...
- No to co, co z naszą randką? - zapytał chłopak z uśmiechem.
- Ja... - nie wiedziałąm, co odpowiedzieć...
- Uważaj! - Michael popchnął mnie na ziemię.
Usłyszałam wystrzał, a po chwili na jakąś postać w cieniu budynku rzuciło się kilku ludzi z CIA przeszukujących teren. Osobę z pistoletem.
- Michael, nic ci nie jest?! - krzyknęłam.
Chyba został postrzelony. Czerwona plama na koszuli, w miejscu serca...
- POMOCY!!! - krzyczałam.