Dzisiaj mamy akcję, Natasha namierzyła Olivera, zapoznajemy się z planem... Pojechałam do biura z samego rana.
Michaela jeszcze nie było, więc zostawiłam mu bluzę i pistolet w jego gabinecie i poszłam do Natashy. Akcja miała zacząć się za trzy godziny, czekaliśmy na Seana i dopracowywaliśmy szczegóły.
- Mamy plany budynków, są w nich kamery a więc i monitoring, wszelkie dojścia, wyjścia, Sean zapewni nam wsparcie CIA... - wymieniała Nat. - Mamy wszystko.
Do biura wszedł Mike, a za nim nasz zwierzchnik CIA.
- Coś jest nie tak - powiedział Smith. - Gdzie Johnatan?
Johnatan właśnie wyszedł z biura.
- Musicie zrezygnować z akcji. Znalazłem w CIA szpiega Olivera, wszystko na to wskazuje! Kontaktował się z nim! Mam dowody - mówił szybko Sean.
- Co? Musisz odsunąć go od sprawy! Kto to? - Johnatan był zdenerwowany.
- Dowódca drużyny Alfa. Kieruje ochroną waszych świadków, tych dwóch kobiet...
- Co?! Natychmiast go odwołaj! - krzyknęłam.
- Nie mogę - rozłożył bezradnie ręce. - To mnie odsunęli od sprawy.
Tylko nie to! Musimy je szybko odbić, w przeciwnym razie... Nie chciałam nawet myśleć, co się stanie.
- Jedziemy tam. Gdzie to jest? - zapytał Michael Seana.
Sean pokręcił głową.
- Nie wiem, tylko drużyna Alfa miała infor...
- Przewoziliśmy je do kwatery CIA... - zaczęłam.
- Zabrali je stamtąd. Są objęte programem ochrony świadków i przewiezione do jednej z jednostek...
- Chyba jednak nie, wasze dane nie rejestrowały tego miejsca. To kolejna opuszczona fabryka, przy granicy ze Szkocją - odpowiedziała Natasha, czytając adres z wyświetlacza laptopa.
- Skąd wiesz? - zapytał Owen.
- Bo jakoś nie ufałam naszym drogim służbom bezpieczeństwa i kiedy miałam możliwość, podłożyłam im nadajniki zanim odwieźliście je CIA. Mam dokładne dane ich pobytu, dzięki lokalizacji z satelit CIA, bo podłączyłam się do ich systemu.
- Czad... - szepnął Owen.
- Ile zajmie droga? - dopytywał się Johnatan.
- Zwyczajnie samochodem? Kilka godzin, za długo. Chyba, że tym najnowszym modelem helikoptera z tymi wszystkimi bajerami... - zastanawiała się Natasha.
- Macie coś takiego?! - krzyknął Owen.
- Nie, ale byłoby świetnie.
- CIA ma - oświadczył Sean.
- I jak to zdobędziesz? Włamiesz się tam? - zdenerwowała się Susan. Nie zdawałam sobie sprawy z jej obecności.
- Nie muszę - wyciągnął z kieszeni klucze. - Po prostu wejdziemy do jednostki.
Po niecałej godzinie byliśmy już kilometr przed fabryką, nie mogliśmy ryzykować bliższego podejścia.
- Macie wszyscy broń? - zapytał Johnatan.
- Ja nie mam - powiedziała Natasha.
- Sory mała, ale ty chyba nie bierzesz w tym udziału... - nie dokończył, bo Nat przewróciła go na ziemię i odebrała pistolet.
- Johnatan, możesz dać jakiegoś glocka Owenowi? Swojego chyba zgubił - oznajmiła z niewinną miną.
Sądziłam, że Johnatan odmówi, ale podał pistolet Owenowi i zapytał tylko:
- Wiesz, na co się piszesz?
Natasha pokiwała głową.
- Więc chodźmy.
- I teraz... - sapnął Sean, siłując się z jednym z członków drużyny Alfa - oficjalnie... - uderzył go pistoletem w głowę tak, że stracił przytomność i padł na ziemię - odwołuję cię ze służby dla kraju - dokończył.
Michael parsknął śmiechem.
- Masz autorytet, nie ma co.
Kierowaliśmy się do budynku. Musieliśmy się rozdzielić, więc zostałąm z Seanem i Michaelem, mając wejść do budynku. Druga grupa, to Johnatan i Susan, którzy też mieli działać w środku. Owen i Natasha mieli oczyścić teren i stać na czatach.
Udało nam się wejść do budynku, ale nic nie mogliśmy znaleźć. Bez planów, kamer i wszelkiej pomocy mogło być trudno. Nagle zobaczyłam, że Michael celuje w coś znajdującego się za mną. Strzelił.
Obróciłam się i zobaczyłam mężczyznę, który prawdopodobnie przed chwilą we mnie celował.
- Jeden do zera dla mnie - uśmiechnął się Michael.
- Dzięki.
- Nie ma za co. Jak chcesz się odwdzięczyć to umów się ze mną po akcji - mrugnął do mnie.
Czy wszyscy powariowali? W każdej chwili mogliśmy zginąć, musieliśmy uratować ludzi, a on najzwyczajniej w świecie zaprasza mnie na randkę...
Nagle usłyszeliśmy krzyk. Wszyscy ruszyliśmy w tamtą stronę.
- Alex, zostań tu i szukaj Evelyn i Nicole. Natasha dała ci nadajnik?- upewnił się. Skinęłam głową. - Więc będziemy w kontakcie. Tylko uważaj na siebie.
Albo też zwariowałam, albo to przez świadomość, że możemy tu wszyscy razem zginąć, ale pocałowałam go.
- Idę już. Sean, masz jej pilnować, bo jak jej się coś stanie to cię zabiję! - krzyknął i zaczął biec w przeciwną niż my stronę.
- Nie wiedziałem, że jesteście razem - mruknął Sean.
- Bo nie jesteśmy.
- To co to miało być? - zapytał. - Coś jest między wami?
- Mnie pytasz? - zirytowałąm się. Sama nie wiedziałam, co to miało znaczyć, tym bardziej, że wczoraj mu groziłam.
Naszych uszu doszło ciche skrzypienie drzwi w pomieszczeniu obok. Podniosłam pistolet, wbiegłam do pomieszczenia razem z Seanem i stanęłam twarzą w twarz, mierząc w siebie nawzajem bronią z...
- Długo się nie widziałyśmy, prawda? - szepnęła Sonya.
Nowa, druga część opowiadającej o nowej Nikki... Jak poradzi sobie nasza nowa bohaterka? Bo przecież życie nie jest łatwe. Kto jak kto, ale ona wie o tym najlepiej...
piątek, 31 maja 2013
środa, 29 maja 2013
Strzelaj
O ósmej byłam już z powrotem w pracy. Wszyscy byli bardzo zajęci, bo nasz Nerd odnalazł wreszcie informacje o Oliverze, a i może uda na się utrzymać sprawę.
Usiadłam przy biurku razem z Natashą i Owenem, przeszukując akta i wszystko, co mieliśmy dostępne do dyspozycji, czyli nagrania z kamer ulicznych, marne info od CIA...
Nat znikła na chwilę, a przyszła po chwili z trzema kubkami. Od razu doszedł mnie aromat kawy.
- Dla mnie też jest? - zapytałam, gdy postawiła parujące kubki przed sobą i Owenem.
- Oczywiście.
Przeszukując dalej dokumenty upiłam łyk ze szklanki. Wcześniej nie zawracałam sobie głowy patrzeniem, czy to na pewno kawa. Ale zawartość była inna. Pomarańczowa. Jakiś sok.
- Co to jest? Co ty pijesz? - zapytałam Owena.
- No... Kawę, nie? - odpowiedział zdziwiony.
- Natasha? - zapytałam, unosząc brew.
- Tobie nie. Rozkazy odgórne - zaśmiała się. - Słodkie to, jak Michael się o ciebie troszczy, prawda?
Michael. Zabiję gnoja!
- O nie. Gdzie on jest?! - zapytałam. - Michael!!!
- Co ty wyprawiasz?
Uśmiechnęłam się złośliwie.
- Zaraz mu powiem, gdzie może sobie wlać ten soczek - mruknęłam, czekając na chłopaka.
- Daję dychę, że wyleje mu to na głowę - założyła się Nat.
- Stawiam dwie, że tego nie zrobi- odpowiedział Owen.
No to się, nasz Owen, rozczaruje. Znowu.
Zobaczyłam Michaela wychodzącego z biura Johnatana. Zaczęłam wolno iść z kubkiem w jego stronę.
- Michael, słonko, możesz mi powiedzieć, co to ma zna... - i upadłam, potykając się o kable porozciągane po biurze przez Natashę. I, przy okazji, oblałam sokiem bluzkę.
- No, to chyba zakład unieważniony... - usłyszałam.
Mike szybko do mnie podbiegł i wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać.
- To przez ciebie! I ten głupi sok! - wydarłam się.
- Alex, nic ci nie jest? - zapytał z troską w głosie.
- Jest! Jestem cała w tym twoim głupim soku! Ty debilu cholerny!
Spojrzał na mnie z rozbawieniem. Tak, teraz to mu humor dopisywał.
- I co się cieszysz?! - wydarłam się, ale zaraz zdałam sobie sprawę z komizmu sytuacji i sama też parsknęłam śmiechem.
Pomógł mi wstać.
- W porządku?
Skinęłam głową.
- Miałem jechać po broń do akcji i wziąć ciebie, ale w takim razie... Owen?
Owen zaczął wstawać.
- Co? Nie, ani mi się waż.
Spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Pojadę. Tylko zajedziemy po drodze pod mój dom, ok? Muszę się przebrać.
Wysiadłam z auta i skierowałam się w stronę drzwi wejściowych domu. Sięgnęłam po klucze do kieszeni i ...
- Nie mam kluczy! - jęknęłam, ciekawa, co jeszcze "dobrego" mnie dziś spotka.
Zaczęłam kopać w drzwi. Po chwili, gdy już miałam wybić jedno okno, usłyszałąm za sobą gło:
- Czy możesz, proszę, nie demolować swojego domu?
- Czy możesz, proszę, przestać mnie nękać? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Jednocześnie rzuciłam kamnień o ziemię i ruszyłam w stronę samochodu.
- Włóż to - Michael podał mi swoją bluzę, a sam został w koszulce.
Gdyby nie to, że będziemy szli przez miasto, a z pomarańczową plamą na białej koszuli mi nie szczególnie do twarzy, odmówiłabym. Ale tym razem wzięłam bluzę i ubrałam ją, zakrywając plamę.
- W niebieskim ci do twarzy - powiedział.
- Bardziej, niż w pomarańczowym - odgryzłam się.
Jechaliśmy w milczeniu, ja zbyt wściekła, by się odezwać, a Michael chyba rozpoznawał mój nastrój, bo zrezygnował z rozmowy.
Po odebraniu broni wracaliśmy do biura. Wszystko poszło szybko.
- Myślałam, że możemy mieć tylko broń, na którą mamy pozwolenie - zaciekawiłam się.
- Skąd pewność, że nie mam pozwolenia? - zapytał. - Sean mi je załatwił.
Sean? CIA chciało odsunąć nas za wszelką cenę od sprawy Olivera i handlu ludźmi.
- Coraz bardziej wydaje mi się, że on jedyny chce nam pomóc w tej sprawie. Przekazuje informacje, daje broń, wstawia się za nami... Ale i tak denerwuje mnie tymi swoimi komentarzami.
Michael się uśmiechnął.
- A ja cię denerwuję? - zapytał z uśmiechem.
Nawet nie zauważyłam, że stoimy już przed biurem.
- To ma jakieś znaczenie? - skinął głową. - Czasem mam ochotę cię zabić - warknęłam.
- A więc nie mam nic do stracenia - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Wysiadaj.
Widząc moją zdziwioną minę, wyszedł z auta, okrążył je i otworzył drzwi po mojej stronie. Wyszłąm i oparłam się o samochód.
- I co się tak szczerzysz? Widzę, że coś wymyśliłeś i mogę się założyć, że jest to głupie, bardzo gł... - ale nie dokończyłam zdania, bo nagle mnie pocałował.
Odepchnęłam go.
- Zwariowałeś?! - krzyknęłam.
Wyciągnął pistolet, podał mi go i stanął przedemną.
- No dawaj, strzelaj! - powiedział, z tym swoim uśmiechem.
Wymierzyłam w niego bronią i ostrzegłąm:
- Odstrzelę ci głowę, jeśli jeszcze raz mnie tkniesz - warknęłam i ruszyłąm do biura.
Od Johnatana dowiedziałam się, że nie ma już nic do roboty dla mnie. Jutro musimy zaplanować szczegółową akcję odnalezienia Olivera i ludzi, spotkanie z Seanem. Wzięłam więc tylko klucze do domu i wyszłam, idąc w stronę swojego auta.
Na podjeździe zobaczyłam Michaela opartego o swój samochód i uśmiechającego się do mnie. Odwróciłam wzrok.
- Alex, jeszcze jedna sprawa - krzyknął do mnie. Nawet na niego nie zerknęłam, wsiadałam do samochodu.- Umówisz się ze mną?
Usiadłam przy biurku razem z Natashą i Owenem, przeszukując akta i wszystko, co mieliśmy dostępne do dyspozycji, czyli nagrania z kamer ulicznych, marne info od CIA...
Nat znikła na chwilę, a przyszła po chwili z trzema kubkami. Od razu doszedł mnie aromat kawy.
- Dla mnie też jest? - zapytałam, gdy postawiła parujące kubki przed sobą i Owenem.
- Oczywiście.
Przeszukując dalej dokumenty upiłam łyk ze szklanki. Wcześniej nie zawracałam sobie głowy patrzeniem, czy to na pewno kawa. Ale zawartość była inna. Pomarańczowa. Jakiś sok.
- Co to jest? Co ty pijesz? - zapytałam Owena.
- No... Kawę, nie? - odpowiedział zdziwiony.
- Natasha? - zapytałam, unosząc brew.
- Tobie nie. Rozkazy odgórne - zaśmiała się. - Słodkie to, jak Michael się o ciebie troszczy, prawda?
Michael. Zabiję gnoja!
- O nie. Gdzie on jest?! - zapytałam. - Michael!!!
- Co ty wyprawiasz?
Uśmiechnęłam się złośliwie.
- Zaraz mu powiem, gdzie może sobie wlać ten soczek - mruknęłam, czekając na chłopaka.
- Daję dychę, że wyleje mu to na głowę - założyła się Nat.
- Stawiam dwie, że tego nie zrobi- odpowiedział Owen.
No to się, nasz Owen, rozczaruje. Znowu.
Zobaczyłam Michaela wychodzącego z biura Johnatana. Zaczęłam wolno iść z kubkiem w jego stronę.
- Michael, słonko, możesz mi powiedzieć, co to ma zna... - i upadłam, potykając się o kable porozciągane po biurze przez Natashę. I, przy okazji, oblałam sokiem bluzkę.
- No, to chyba zakład unieważniony... - usłyszałam.
Mike szybko do mnie podbiegł i wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać.
- To przez ciebie! I ten głupi sok! - wydarłam się.
- Alex, nic ci nie jest? - zapytał z troską w głosie.
- Jest! Jestem cała w tym twoim głupim soku! Ty debilu cholerny!
Spojrzał na mnie z rozbawieniem. Tak, teraz to mu humor dopisywał.
- I co się cieszysz?! - wydarłam się, ale zaraz zdałam sobie sprawę z komizmu sytuacji i sama też parsknęłam śmiechem.
Pomógł mi wstać.
- W porządku?
Skinęłam głową.
- Miałem jechać po broń do akcji i wziąć ciebie, ale w takim razie... Owen?
Owen zaczął wstawać.
- Co? Nie, ani mi się waż.
Spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Pojadę. Tylko zajedziemy po drodze pod mój dom, ok? Muszę się przebrać.
Wysiadłam z auta i skierowałam się w stronę drzwi wejściowych domu. Sięgnęłam po klucze do kieszeni i ...
- Nie mam kluczy! - jęknęłam, ciekawa, co jeszcze "dobrego" mnie dziś spotka.
Zaczęłam kopać w drzwi. Po chwili, gdy już miałam wybić jedno okno, usłyszałąm za sobą gło:
- Czy możesz, proszę, nie demolować swojego domu?
- Czy możesz, proszę, przestać mnie nękać? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Jednocześnie rzuciłam kamnień o ziemię i ruszyłam w stronę samochodu.
- Włóż to - Michael podał mi swoją bluzę, a sam został w koszulce.
Gdyby nie to, że będziemy szli przez miasto, a z pomarańczową plamą na białej koszuli mi nie szczególnie do twarzy, odmówiłabym. Ale tym razem wzięłam bluzę i ubrałam ją, zakrywając plamę.
- W niebieskim ci do twarzy - powiedział.
- Bardziej, niż w pomarańczowym - odgryzłam się.
Jechaliśmy w milczeniu, ja zbyt wściekła, by się odezwać, a Michael chyba rozpoznawał mój nastrój, bo zrezygnował z rozmowy.
Po odebraniu broni wracaliśmy do biura. Wszystko poszło szybko.
- Myślałam, że możemy mieć tylko broń, na którą mamy pozwolenie - zaciekawiłam się.
- Skąd pewność, że nie mam pozwolenia? - zapytał. - Sean mi je załatwił.
Sean? CIA chciało odsunąć nas za wszelką cenę od sprawy Olivera i handlu ludźmi.
- Coraz bardziej wydaje mi się, że on jedyny chce nam pomóc w tej sprawie. Przekazuje informacje, daje broń, wstawia się za nami... Ale i tak denerwuje mnie tymi swoimi komentarzami.
Michael się uśmiechnął.
- A ja cię denerwuję? - zapytał z uśmiechem.
Nawet nie zauważyłam, że stoimy już przed biurem.
- To ma jakieś znaczenie? - skinął głową. - Czasem mam ochotę cię zabić - warknęłam.
- A więc nie mam nic do stracenia - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Wysiadaj.
Widząc moją zdziwioną minę, wyszedł z auta, okrążył je i otworzył drzwi po mojej stronie. Wyszłąm i oparłam się o samochód.
- I co się tak szczerzysz? Widzę, że coś wymyśliłeś i mogę się założyć, że jest to głupie, bardzo gł... - ale nie dokończyłam zdania, bo nagle mnie pocałował.
Odepchnęłam go.
- Zwariowałeś?! - krzyknęłam.
Wyciągnął pistolet, podał mi go i stanął przedemną.
- No dawaj, strzelaj! - powiedział, z tym swoim uśmiechem.
Wymierzyłam w niego bronią i ostrzegłąm:
- Odstrzelę ci głowę, jeśli jeszcze raz mnie tkniesz - warknęłam i ruszyłąm do biura.
Od Johnatana dowiedziałam się, że nie ma już nic do roboty dla mnie. Jutro musimy zaplanować szczegółową akcję odnalezienia Olivera i ludzi, spotkanie z Seanem. Wzięłam więc tylko klucze do domu i wyszłam, idąc w stronę swojego auta.
Na podjeździe zobaczyłam Michaela opartego o swój samochód i uśmiechającego się do mnie. Odwróciłam wzrok.
- Alex, jeszcze jedna sprawa - krzyknął do mnie. Nawet na niego nie zerknęłam, wsiadałam do samochodu.- Umówisz się ze mną?
Rozdział specjalnie dla Asi, koleżanki z klasy, która uwielbia takie momenty. Podobało się? ;D
poniedziałek, 27 maja 2013
Czasowe rozwiązanie
- Amanda dzwoniła, znalazła formułę narkotyku dla Evelyn. Sean dalej nie daje za wygraną, więc musimy umożliwić mu spotkanie z Nicole twoją matką, bo dłużej nie możemy zganiać na ich zły stan. Ale rozmawiałem z klientem i jeśli on nie wycofa swojej sprawy, możemy dalej kontynuować śledztwo w sprawie Olivera.
Wszyscy czekaliśmy cierpliwie, nie wtrącając żadnych uwag, póki Michael nie skończył mówić.
- Musimy dać mu je przesłuchać - powiedziałam cicho.
- Wiem, chciałem tylko usłyszeć twoje zdanie na ten temat. Ale to nie wszystko. Uważajcie na siebie, bo gdy Johnatan jechał do Amandy i dziewczyn, przy jego samochodzie weszła w niego pewna kobieta. Podrzuciła mu to - podał małe jak groszek urządzenie Natashy.
- Nadajnik - szepnęła.
- Tak - przytaknął Michael. - Prawdopodobnie miał doprowadzic kogoś do dziewczyn.
- Oliver - mruknął gniewnie Owen.
- Madeline - powiedziałam.
- Nie wiemy, które z nich, ale to nie jest dobry znak. Wiedzą o naszym biurze, o Amandzie, ale nie mogą znaleźć Evelyn i Nicole.
Do czasu, pomyślałam.
- Alex, musimy je przenieść, bo już niedługo je znajdą. Dysponują niezłą elektroniką - wskazał na nadajnik w rękach Natashy. - Już niedługo prześwietlą wszystko i znajdą je w wynajętym mieszkaniu, mimo fałszywych dokumentów i CIA przy bokach, bo to tylko zwraca ich uwagę.
- Wiem - westchnęłam. - Sean mówił, że w każdej chwili może je przenieść? - upewniłam się.
Skinął głową.
- Amanda odtworzyła narkotyk, który już podaje Evelyn. Jej życiu nie zagraża większe niebezpieczeństow, niż zawsze.
- Dalej chcesz ją tym truć?! - nie wytrzymała.
Podszedł do mnie.
- To czasowe rozwiązanie. Znajdziemy Olivera i Ludzi i odzyskamy odtrutkę. Albo ta Madeline... Jeśli mamy teraz więcej czasu, możemy poszukać też w innych źródłach. Jadę do nich i od razu do Amandy. Alex?
- Jadę z tobą.
Po kilku godzinach, po odwiedzeniu Amandy i odwiezieniu Evelyn i Nicole pod opiekę Seana, który miał pod eskortą CIA je przewieźć w bezpieczne miejsce, chciałam wracać do biura.
- Daj sobie dziś spokój. Nic nie znajdziesz. Musisz spać, długo bez snu nie dasz rady.
- Nie jestem zmęczona - wykręciłąm się.
- Wiem, że razem z naszym Komputerowcem faszerujesz się kawą i napojami energetycznymi, ale tak nie można, Alex. Po za tym, musisz normalnie żyć. Sonya dzwoniła. Pytała o ciebie.
Wzmianka o przyjaciółce zbiła mnie z tropu. Zamilkłam na chwilę.
- Powiedziałem, że jesteś zmęczona akcją i przepracowana, więc poniekąd nie skłamałem. Ale powinnaś się z nią spotkać. Porozmawiać, wyjść gdzieć. Narzekała, że już dawno się nie widziałyście.
- To tymczasowe rozwiązanie - zdałam sobie sprawę, że powtarzam jego słowa, lecz tym razem w innym kontekście.
- Alex, jesteś dziś jakby nieobecna od rana. O co chodzi?
Milczałam,
- Wiesz, dlaczego nie chcę spotkać się z Sonyą? - zapytałam. Pokręcił głową. - Bo ściągnę na nią problemy. Jak na was.
- O czym ty mówisz? - wydawał się zdziwiony moimi słowami.
- O całej akcji! O tym, jak was narażam! Choćby teraz Johnatana! Jeśli udało im się podejść do niego na tyle, by podłożyć nadajnik, równie dobrze mogli go torturować. Zabić, a ja...
- Alex, wiemy, w co się pakujemy. Rozwiązujemy akcję, kolejną, tyle że teraz robimy to dla ciebie, Evelyn, Nicole i tych niewinnych, porwanych ludzi. Wiemy, co ryzykujemy.
- A jeśli wam się coś stanie? - jęknęłam.
Nie wiem, czy to przez ciągły stres, zastanawianie się nad akcją, pomocą matce i Nicole, czy przez ciągłe poczucie winy, ale traciłam już cierpliwość.
Nie zauważyłam nawet, gdy Michael zatrzymał auto na podjeździe mojego domu.
- To o ciebie się martwię i boję. Uważaj na siebie i nie martw się tyle - uśmiechnął się do mnie.
- Ale...
Michael pochylił się nad moim fotelem tak, że nasze twarze dzieliło kilka centymetrów.
- Uważaj na siebie - mruknął.
Otworzyłam drzwi i wysiadłam na chwiejnych nogach.
Dzisiejszej nocy nie mogłam zasnąć, ciągle słysząc w głowie słowa Michaela: "Uawżaj na siebie", "Martwię się o ciebie"...
Wszyscy czekaliśmy cierpliwie, nie wtrącając żadnych uwag, póki Michael nie skończył mówić.
- Musimy dać mu je przesłuchać - powiedziałam cicho.
- Wiem, chciałem tylko usłyszeć twoje zdanie na ten temat. Ale to nie wszystko. Uważajcie na siebie, bo gdy Johnatan jechał do Amandy i dziewczyn, przy jego samochodzie weszła w niego pewna kobieta. Podrzuciła mu to - podał małe jak groszek urządzenie Natashy.
- Nadajnik - szepnęła.
- Tak - przytaknął Michael. - Prawdopodobnie miał doprowadzic kogoś do dziewczyn.
- Oliver - mruknął gniewnie Owen.
- Madeline - powiedziałam.
- Nie wiemy, które z nich, ale to nie jest dobry znak. Wiedzą o naszym biurze, o Amandzie, ale nie mogą znaleźć Evelyn i Nicole.
Do czasu, pomyślałam.
- Alex, musimy je przenieść, bo już niedługo je znajdą. Dysponują niezłą elektroniką - wskazał na nadajnik w rękach Natashy. - Już niedługo prześwietlą wszystko i znajdą je w wynajętym mieszkaniu, mimo fałszywych dokumentów i CIA przy bokach, bo to tylko zwraca ich uwagę.
- Wiem - westchnęłam. - Sean mówił, że w każdej chwili może je przenieść? - upewniłam się.
Skinął głową.
- Amanda odtworzyła narkotyk, który już podaje Evelyn. Jej życiu nie zagraża większe niebezpieczeństow, niż zawsze.
- Dalej chcesz ją tym truć?! - nie wytrzymała.
Podszedł do mnie.
- To czasowe rozwiązanie. Znajdziemy Olivera i Ludzi i odzyskamy odtrutkę. Albo ta Madeline... Jeśli mamy teraz więcej czasu, możemy poszukać też w innych źródłach. Jadę do nich i od razu do Amandy. Alex?
- Jadę z tobą.
Po kilku godzinach, po odwiedzeniu Amandy i odwiezieniu Evelyn i Nicole pod opiekę Seana, który miał pod eskortą CIA je przewieźć w bezpieczne miejsce, chciałam wracać do biura.
- Daj sobie dziś spokój. Nic nie znajdziesz. Musisz spać, długo bez snu nie dasz rady.
- Nie jestem zmęczona - wykręciłąm się.
- Wiem, że razem z naszym Komputerowcem faszerujesz się kawą i napojami energetycznymi, ale tak nie można, Alex. Po za tym, musisz normalnie żyć. Sonya dzwoniła. Pytała o ciebie.
Wzmianka o przyjaciółce zbiła mnie z tropu. Zamilkłam na chwilę.
- Powiedziałem, że jesteś zmęczona akcją i przepracowana, więc poniekąd nie skłamałem. Ale powinnaś się z nią spotkać. Porozmawiać, wyjść gdzieć. Narzekała, że już dawno się nie widziałyście.
- To tymczasowe rozwiązanie - zdałam sobie sprawę, że powtarzam jego słowa, lecz tym razem w innym kontekście.
- Alex, jesteś dziś jakby nieobecna od rana. O co chodzi?
Milczałam,
- Wiesz, dlaczego nie chcę spotkać się z Sonyą? - zapytałam. Pokręcił głową. - Bo ściągnę na nią problemy. Jak na was.
- O czym ty mówisz? - wydawał się zdziwiony moimi słowami.
- O całej akcji! O tym, jak was narażam! Choćby teraz Johnatana! Jeśli udało im się podejść do niego na tyle, by podłożyć nadajnik, równie dobrze mogli go torturować. Zabić, a ja...
- Alex, wiemy, w co się pakujemy. Rozwiązujemy akcję, kolejną, tyle że teraz robimy to dla ciebie, Evelyn, Nicole i tych niewinnych, porwanych ludzi. Wiemy, co ryzykujemy.
- A jeśli wam się coś stanie? - jęknęłam.
Nie wiem, czy to przez ciągły stres, zastanawianie się nad akcją, pomocą matce i Nicole, czy przez ciągłe poczucie winy, ale traciłam już cierpliwość.
Nie zauważyłam nawet, gdy Michael zatrzymał auto na podjeździe mojego domu.
- To o ciebie się martwię i boję. Uważaj na siebie i nie martw się tyle - uśmiechnął się do mnie.
- Ale...
Michael pochylił się nad moim fotelem tak, że nasze twarze dzieliło kilka centymetrów.
- Uważaj na siebie - mruknął.
Otworzyłam drzwi i wysiadłam na chwiejnych nogach.
Dzisiejszej nocy nie mogłam zasnąć, ciągle słysząc w głowie słowa Michaela: "Uawżaj na siebie", "Martwię się o ciebie"...
piątek, 24 maja 2013
Nowy
Do pomieszczenia wszedł Michael.
- Musimy jechać - oznajmił. - Twoja matka potrzebuje wypoczynku.
- Nicole też - mruknęłam, odstawiając tabletki na blat.
Michael popatrzał na mnie zmartwiony. Uniósł pytająco brwi. Pokręciłam tylko głową i podniosłam roztrzęsioną dziewczynę.
- Smith chce je ...
- Nie! Trzymaj go z dala od nich, przecież nikt nie może wiedzieć... - krzyknęłam.
Złapał mnie za wolną rękę.
- Alex, nie chcemy żeby wydało się, kim Evelyn jest, nie teraz. Ściągnęło by to Olivera, ale musimy dać sobie pomóc.
- Oliver nie działa sam - zaskoczyłam go.
Przez chwilę nie wiedział co powiedzieć.
- My też nie musimy. Smith chce je przenieść w bezpieczne miejsce, a Susan skontaktowała się ze znajomym detektywem...
- Na tyle, żeby mu zaufać? Ona mu ufa? - zapytałam. Nie chciałam o tym myśleć, ale sytuacja z Lukiem nauczyła mnie dystansu i nieufności.
- Stracił narzeczoną, bo była adwokatką oskarżyciela Olivera. Chce pracować dla nas.
- Problem leży też w kimś innym.- znowu nawiązałam do wspomnianej przez Nicole Madeline.
- Wiemy, że ma wszędzie wspólników, czego przykładem był Luke - mruknął zimnym tonem. - Musimy uratować porwanych ludzi, twoją matkę i skończyć z nim. Owen pomoże nam, CIA może też. Przewiozą twoją matkę w bezpieczne miejsce i pod opiekę lekarzy. Nicole też. My odzyskamy odtrutkę dla Evelyn.
- Mamy innego wroga! I daj mi wreszcie dokończyć! - krzyknęłam.
Zdziwiony zmilkł.
- Nicole mówi, że ma żonę. Ona chce Evelyn, bo to ona ją porwała i kierowała tym wszystkim. Oliver jej to zabrał. Są wrogami z jednym celem! - bardzo przerażającym mnie celem. Moją matką.
- Jedźmy już - poprosił Michael.
- Owen, jak ja dawno cię nie widziałam! Co u Chrisa i Cassandry? - Susan uściskała bratanka.
- U rodziców w porządku. A co u was? - blondyn górował nad Sus wzrostem.
- Prawie nic się nie zmieniło od ostatniej twojej wizyty u nas. Tylko agenci. Mamy kogoś nowego na miejsce naszego informatyka i agentkę - wskazała na mnie i Natashę, siedzące przy biurku Nerda. Komputerowiec dalej szukał czegoś o Oliverze.
- Nowy informatyk? A co z tobą?
Spojrzał w naszą stronę i uśmiechnął się. Wydawał się miły.
- Jestem zwykłą agentką. Nat jest lepsza odemnie - mrugnęła do dziewczyny.
- Oczywiście - odparła dziewczyna. - Choć czasem sama mam wątpliwości. Włącz antywirusa, szybko! Ten Sean mógłby sam przekazać mi informację, a nie muszę brudzić ręcę pożyczając to od CIA - mruknęła do mnie.
- Chce nas odsunąć od sprawy. Nic nam nie powie.
- Rozumiem go - powiedziała. - Dostaje rozkazy odgórne, ale sam ma wątpliwości co do ich słuszności.
Może i miała rację, ale nie dam odsunąć się od tej sprawy. Tymczasem, gdy ja z Nat szukałam informacji o sprawie lub pobyce Olivera (do cholery, on ma narkotyk dla Evelyn!), Michael poszedł do Johnatana po instrukcje, a Sus witała i zapoznawała ze sprawą bratanka.
Nie zauważyłam, gdy Owen zjawił się za nami. Wyciągnął dłoń w stronę tabletu Natashy. Szybko obróciła się na krześle w jego stronę.
- Jesteś nowy, więc ci wybaczę. Ale zasada jest taka, że mojego sprzętu się nie dotyka, jasne?
Śmiało złapał urządzenie w dłonie i spojrzał na wyświetlacz.
- ''Getaway"*? - zapytał zaskoczony.
Nat odebrała mu tablet i odłożyła na miejsce.
- Mówiłam, nie dotykaj. Inaczej pożałujesz jak Michael - ostrzegła.
No tak, nasza mściwa księżniczka założyła Michaelowi podsłuch, teraz może decydować o jego rozmowach i wszystkim innym. A to tylko dlatego, że "dotknął jej telefonu!".
- Najlepsza gra na świecie? Grasz w to?
- Oczywiście. Wiem o niej wszystko. Jestem najlepszym graczem.
Pokręcił głową ze śmiechem.
- Możesz pomarzyć. Najlepszy jest Black Guardian! Facet wymiata.
No to sobie biedny Owen nie zdaje sprawy z kim zadziera, mruknęłam w duchu. Trochę się pośmiejemy.
- Skąd wiesz, że to facet? - zapytała już całkowicie wyprowadzona z równowagi.
- Mała, jesteś słodka, naprawdę, ale sądzisz, że jakaś dziewczynka da radę dojśc do czegoś takiego w grze wojennej? - spojrzał na nią z politowaniem.
Michael wszedł do biura.
- Dobra, ludzie, mam nowe...
- Cicho! - krzyknęła Natasha.
Ja i Michael wymieniliśmy spojrzenia; ja rozbawione, on zdumione. Chciał się odezwać, ale przyłożyłam palec do ust, nakazując, aby nic nie mówił. Zdziwiony wziął krzesło i usiadł koło mnie.
- Jak śmiesz! Następny typowy facet w biurze! Bardzo dziękuję za tą słodką, ale nie jestem zwykłą dziewczynką! Black Guardian to ja, a ty zastanów się, zanim mnie zdenerwujesz i powiesz coś głupiego. Nie wierzysz w możliwości dziewczyny? Założe się, że Alex rozłożyła by cię na łopatki w walce.
- Co?! - krzyknęłam równo z Michaelem. Co ona wyprawiała?!
- Oh Alex, wiesz, że cię bardzo lubię, prawda? - uśmiechnęła się do mnie.
- Nie mieszaj mnie w to! Zresztą, mamy sprawę...
- Przyjaciółko kochana...! Ja jestem nienajlepsza w walce...
- Więc po co to powiedziałaś? - zapytałąm, rozbawienie walczyło we mnie ze złością.
- Bo "dziewczynka" musi rozłożyć go na łopaki! Zrobisz to dla mnie? Po zakończeniu akcji...
Parsknęłam śmiechem.
- Nie będę bił dziewczyny - sprzeciwił sie Owen. -I tak pokonałbym ją jedną ręką, a jeszcze coś jej zrobię...
Dobra, sam się prosi. Może to dziecinne, ale...
- Strach cię obleciał? - sapytałam zajadle. - Po akcji skopię ci tyłek - obiecałam.
- Alex... Co ty... - zaczął Michael.
- Cicho, bo będziesz czekał w kolejce po nim - wskazałam na Owena.
- Moja dziewczynka! - ucieszyła się Nat.
- Tobie też się w swoim czasie odpłacę...- mruknęłam, kiedy nachyliła się, by mnie uściskać.
- Czy to biuro jest rządzone przez te dwie? - jeknął Owen, wskazując na mnie i Nerda. - Johnatan i ty nie macie nic do powiedzenia? - zwrócił się do Mike'a.
- Odkąd Natasha doszła rok temu, Johnatan ma coraz mniej do powiedzenia. Alex doszła kilka tygodni temu i ja też straciłem autorytet - uśmiechnąl się do mnie. Jakoś nie widziałam, żeby mu to przeszkadzało. - Dobra, zaczynamy, koniec przekomarzań. Johnatan przekazał mi instrukcje...
*Getaway- nazwa wymyślnej przeze mnie gry na potrzeby bloga i tego opowiadania. Mam nadzieję, że się podoba ;***
- Musimy jechać - oznajmił. - Twoja matka potrzebuje wypoczynku.
- Nicole też - mruknęłam, odstawiając tabletki na blat.
Michael popatrzał na mnie zmartwiony. Uniósł pytająco brwi. Pokręciłam tylko głową i podniosłam roztrzęsioną dziewczynę.
- Smith chce je ...
- Nie! Trzymaj go z dala od nich, przecież nikt nie może wiedzieć... - krzyknęłam.
Złapał mnie za wolną rękę.
- Alex, nie chcemy żeby wydało się, kim Evelyn jest, nie teraz. Ściągnęło by to Olivera, ale musimy dać sobie pomóc.
- Oliver nie działa sam - zaskoczyłam go.
Przez chwilę nie wiedział co powiedzieć.
- My też nie musimy. Smith chce je przenieść w bezpieczne miejsce, a Susan skontaktowała się ze znajomym detektywem...
- Na tyle, żeby mu zaufać? Ona mu ufa? - zapytałam. Nie chciałam o tym myśleć, ale sytuacja z Lukiem nauczyła mnie dystansu i nieufności.
- Stracił narzeczoną, bo była adwokatką oskarżyciela Olivera. Chce pracować dla nas.
- Problem leży też w kimś innym.- znowu nawiązałam do wspomnianej przez Nicole Madeline.
- Wiemy, że ma wszędzie wspólników, czego przykładem był Luke - mruknął zimnym tonem. - Musimy uratować porwanych ludzi, twoją matkę i skończyć z nim. Owen pomoże nam, CIA może też. Przewiozą twoją matkę w bezpieczne miejsce i pod opiekę lekarzy. Nicole też. My odzyskamy odtrutkę dla Evelyn.
- Mamy innego wroga! I daj mi wreszcie dokończyć! - krzyknęłam.
Zdziwiony zmilkł.
- Nicole mówi, że ma żonę. Ona chce Evelyn, bo to ona ją porwała i kierowała tym wszystkim. Oliver jej to zabrał. Są wrogami z jednym celem! - bardzo przerażającym mnie celem. Moją matką.
- Jedźmy już - poprosił Michael.
- Owen, jak ja dawno cię nie widziałam! Co u Chrisa i Cassandry? - Susan uściskała bratanka.
- U rodziców w porządku. A co u was? - blondyn górował nad Sus wzrostem.
- Prawie nic się nie zmieniło od ostatniej twojej wizyty u nas. Tylko agenci. Mamy kogoś nowego na miejsce naszego informatyka i agentkę - wskazała na mnie i Natashę, siedzące przy biurku Nerda. Komputerowiec dalej szukał czegoś o Oliverze.
- Nowy informatyk? A co z tobą?
Spojrzał w naszą stronę i uśmiechnął się. Wydawał się miły.
- Jestem zwykłą agentką. Nat jest lepsza odemnie - mrugnęła do dziewczyny.
- Oczywiście - odparła dziewczyna. - Choć czasem sama mam wątpliwości. Włącz antywirusa, szybko! Ten Sean mógłby sam przekazać mi informację, a nie muszę brudzić ręcę pożyczając to od CIA - mruknęła do mnie.
- Chce nas odsunąć od sprawy. Nic nam nie powie.
- Rozumiem go - powiedziała. - Dostaje rozkazy odgórne, ale sam ma wątpliwości co do ich słuszności.
Może i miała rację, ale nie dam odsunąć się od tej sprawy. Tymczasem, gdy ja z Nat szukałam informacji o sprawie lub pobyce Olivera (do cholery, on ma narkotyk dla Evelyn!), Michael poszedł do Johnatana po instrukcje, a Sus witała i zapoznawała ze sprawą bratanka.
Nie zauważyłam, gdy Owen zjawił się za nami. Wyciągnął dłoń w stronę tabletu Natashy. Szybko obróciła się na krześle w jego stronę.
- Jesteś nowy, więc ci wybaczę. Ale zasada jest taka, że mojego sprzętu się nie dotyka, jasne?
Śmiało złapał urządzenie w dłonie i spojrzał na wyświetlacz.
- ''Getaway"*? - zapytał zaskoczony.
Nat odebrała mu tablet i odłożyła na miejsce.
- Mówiłam, nie dotykaj. Inaczej pożałujesz jak Michael - ostrzegła.
No tak, nasza mściwa księżniczka założyła Michaelowi podsłuch, teraz może decydować o jego rozmowach i wszystkim innym. A to tylko dlatego, że "dotknął jej telefonu!".
- Najlepsza gra na świecie? Grasz w to?
- Oczywiście. Wiem o niej wszystko. Jestem najlepszym graczem.
Pokręcił głową ze śmiechem.
- Możesz pomarzyć. Najlepszy jest Black Guardian! Facet wymiata.
No to sobie biedny Owen nie zdaje sprawy z kim zadziera, mruknęłam w duchu. Trochę się pośmiejemy.
- Skąd wiesz, że to facet? - zapytała już całkowicie wyprowadzona z równowagi.
- Mała, jesteś słodka, naprawdę, ale sądzisz, że jakaś dziewczynka da radę dojśc do czegoś takiego w grze wojennej? - spojrzał na nią z politowaniem.
Michael wszedł do biura.
- Dobra, ludzie, mam nowe...
- Cicho! - krzyknęła Natasha.
Ja i Michael wymieniliśmy spojrzenia; ja rozbawione, on zdumione. Chciał się odezwać, ale przyłożyłam palec do ust, nakazując, aby nic nie mówił. Zdziwiony wziął krzesło i usiadł koło mnie.
- Jak śmiesz! Następny typowy facet w biurze! Bardzo dziękuję za tą słodką, ale nie jestem zwykłą dziewczynką! Black Guardian to ja, a ty zastanów się, zanim mnie zdenerwujesz i powiesz coś głupiego. Nie wierzysz w możliwości dziewczyny? Założe się, że Alex rozłożyła by cię na łopatki w walce.
- Co?! - krzyknęłam równo z Michaelem. Co ona wyprawiała?!
- Oh Alex, wiesz, że cię bardzo lubię, prawda? - uśmiechnęła się do mnie.
- Nie mieszaj mnie w to! Zresztą, mamy sprawę...
- Przyjaciółko kochana...! Ja jestem nienajlepsza w walce...
- Więc po co to powiedziałaś? - zapytałąm, rozbawienie walczyło we mnie ze złością.
- Bo "dziewczynka" musi rozłożyć go na łopaki! Zrobisz to dla mnie? Po zakończeniu akcji...
Parsknęłam śmiechem.
- Nie będę bił dziewczyny - sprzeciwił sie Owen. -I tak pokonałbym ją jedną ręką, a jeszcze coś jej zrobię...
Dobra, sam się prosi. Może to dziecinne, ale...
- Strach cię obleciał? - sapytałam zajadle. - Po akcji skopię ci tyłek - obiecałam.
- Alex... Co ty... - zaczął Michael.
- Cicho, bo będziesz czekał w kolejce po nim - wskazałam na Owena.
- Moja dziewczynka! - ucieszyła się Nat.
- Tobie też się w swoim czasie odpłacę...- mruknęłam, kiedy nachyliła się, by mnie uściskać.
- Czy to biuro jest rządzone przez te dwie? - jeknął Owen, wskazując na mnie i Nerda. - Johnatan i ty nie macie nic do powiedzenia? - zwrócił się do Mike'a.
- Odkąd Natasha doszła rok temu, Johnatan ma coraz mniej do powiedzenia. Alex doszła kilka tygodni temu i ja też straciłem autorytet - uśmiechnąl się do mnie. Jakoś nie widziałam, żeby mu to przeszkadzało. - Dobra, zaczynamy, koniec przekomarzań. Johnatan przekazał mi instrukcje...
*Getaway- nazwa wymyślnej przeze mnie gry na potrzeby bloga i tego opowiadania. Mam nadzieję, że się podoba ;***
środa, 22 maja 2013
Wyznania
- Jest nic nie warte, bo nie mam o sobie pojęcia! - dokończyła za mnie.
Brak informacji o sobie... Skąd ja to znałam?
Bo tak wyglądało moje życie, zanim poznałam prawdę. Miałam coś wartościowego? Tylko chęć poszukiwania prawdy, czego nie dokonałabym bez pomocy wspaniałych przyjaciół.
Teraz moja kolej być podporą dla kogoś i komuś pomóc.
- Wiem o tym więcej niż myślisz, ale nigdy nie będzie mi dane stanąć w twojej sytuacji.
- Więc mi pomóż! Oddaj mi to...
Wyciągała coraz bardziej rękę po tabletki.
- Nie. Nie mogę, przecież wiesz.
Zdenerwowała się.
- Więc daj mi stąd teraz wyjść i już nigdy cię nie spotkać. Nie spotkać żadnego z was!
- Nawet Evelyn?
To był cios poniżej pasa. Evelyn była dla niej jak matka i tego właśnie najbardziej jej zazdrościłam. Ironia życia; żadna z nas nie znała prawdziwej matki i była wychowywana przez innych. Ale Evelyn był prawdziwą, dobrą matką, więc stąd niepewność w głosie Nicole, gdy mówiła:
- Ona ma już córkę, życie...
- Które zaraz może stracić! - wybuchnęłam.
- C... Co?
Westchnęłam głęboko. Znów obarczam kogoś swoimi problemami. Ale nie miałam wyjścia, musiałam dowiedzieć się czegoś o tej truciźnie.
- Oliver podawał mamie jakieś tabletki, czy środki...? To po odstawieniu bez odtrutki zabije ją, zakłóci pracę serca w ciągu dwóch tygodni, doprowadzając do niewydolności - powiedziałam.
Milczała z zamkniętymi oczami. Myślała nad czymś, może nad pobytem w starej fabryce lub w innych miejscach, gdzie była więziona...
- VLS... - wyszeptała.
- Co powiedziałaś?
- VLS, nazwa substancji podawanej Evelyn - powiedziała trochę głośniej, ale dalej zmartwionym, przestraszonym tonem.
- Skąd wiesz? - my, którzy mieliśmy dostęp do danych medycznych, sprzętu i innych rzeczy nie mogliśmy odkryć z czego się składa, tak świetnie maskowałą się w organiźmie, a ona na podstawie opisu znała nazwę i prawdopodobnie nie tylko...
- Bo to podawała mi Madeline, gdy chciałam uciec, zanim popsuła mi do końca mózg. Nie macie całych dwóch tygodni, macie dwa tygodnie życia - mówiła coraz ciszej. - Musicie jej podać odtrutkę, bo wpadnie w śpiączkę i umrze. Do cholery, nie wiem, z czego ma się składać! Ale Oliver jej nie ma. On wykradł jej Evelyn, wziął tylko środek, dlatego go nie odstawiał...
Oliver wykradł Evelyn... Więc to nie on zabił jej rodzinę, by dotrzeć do firmy, on ją odzyskał razem z brudnymi tajemnicami tej całej Madeline!
- Co Oliver i Madeline mają wspólnego? Dlaczego walczą ze sobą, próbując przejąć firmę- musiało ich coś łączyć, bo gdy nie wiedząc kto zaatakował rodzinę, myśląc, że poluję na Olivera dotarłam do niego, nie prawdziwej winnej, Madeline - Co ich łączy?
- Byli małżeństwem, tamta dziewczynka tamtej nocy... Ich córka. Trochę starsza ode mnie wtedy, gdy ją widziałam, ale niewiele pamiętam. Mówiła do Olivera tato. To wtedy stali się wrogami, chcieli zabić jedno drugiego. Madeline uciekła z dziewczynką, postrzelona. On dostał mnie, jej kolejny eksperyment i przejął wszystko co razem wypracowali, cały przemyt i handel ludźmi.
Więc teraz nie skończy się na Oliverze, muszę dorwać też jego żonę. Nie tylko dla zemsty, muszę wiedzieć, co ona zrobiła Nicole.
Brak informacji o sobie... Skąd ja to znałam?
Bo tak wyglądało moje życie, zanim poznałam prawdę. Miałam coś wartościowego? Tylko chęć poszukiwania prawdy, czego nie dokonałabym bez pomocy wspaniałych przyjaciół.
Teraz moja kolej być podporą dla kogoś i komuś pomóc.
- Wiem o tym więcej niż myślisz, ale nigdy nie będzie mi dane stanąć w twojej sytuacji.
- Więc mi pomóż! Oddaj mi to...
Wyciągała coraz bardziej rękę po tabletki.
- Nie. Nie mogę, przecież wiesz.
Zdenerwowała się.
- Więc daj mi stąd teraz wyjść i już nigdy cię nie spotkać. Nie spotkać żadnego z was!
- Nawet Evelyn?
To był cios poniżej pasa. Evelyn była dla niej jak matka i tego właśnie najbardziej jej zazdrościłam. Ironia życia; żadna z nas nie znała prawdziwej matki i była wychowywana przez innych. Ale Evelyn był prawdziwą, dobrą matką, więc stąd niepewność w głosie Nicole, gdy mówiła:
- Ona ma już córkę, życie...
- Które zaraz może stracić! - wybuchnęłam.
- C... Co?
Westchnęłam głęboko. Znów obarczam kogoś swoimi problemami. Ale nie miałam wyjścia, musiałam dowiedzieć się czegoś o tej truciźnie.
- Oliver podawał mamie jakieś tabletki, czy środki...? To po odstawieniu bez odtrutki zabije ją, zakłóci pracę serca w ciągu dwóch tygodni, doprowadzając do niewydolności - powiedziałam.
Milczała z zamkniętymi oczami. Myślała nad czymś, może nad pobytem w starej fabryce lub w innych miejscach, gdzie była więziona...
- VLS... - wyszeptała.
- Co powiedziałaś?
- VLS, nazwa substancji podawanej Evelyn - powiedziała trochę głośniej, ale dalej zmartwionym, przestraszonym tonem.
- Skąd wiesz? - my, którzy mieliśmy dostęp do danych medycznych, sprzętu i innych rzeczy nie mogliśmy odkryć z czego się składa, tak świetnie maskowałą się w organiźmie, a ona na podstawie opisu znała nazwę i prawdopodobnie nie tylko...
- Bo to podawała mi Madeline, gdy chciałam uciec, zanim popsuła mi do końca mózg. Nie macie całych dwóch tygodni, macie dwa tygodnie życia - mówiła coraz ciszej. - Musicie jej podać odtrutkę, bo wpadnie w śpiączkę i umrze. Do cholery, nie wiem, z czego ma się składać! Ale Oliver jej nie ma. On wykradł jej Evelyn, wziął tylko środek, dlatego go nie odstawiał...
Oliver wykradł Evelyn... Więc to nie on zabił jej rodzinę, by dotrzeć do firmy, on ją odzyskał razem z brudnymi tajemnicami tej całej Madeline!
- Co Oliver i Madeline mają wspólnego? Dlaczego walczą ze sobą, próbując przejąć firmę- musiało ich coś łączyć, bo gdy nie wiedząc kto zaatakował rodzinę, myśląc, że poluję na Olivera dotarłam do niego, nie prawdziwej winnej, Madeline - Co ich łączy?
- Byli małżeństwem, tamta dziewczynka tamtej nocy... Ich córka. Trochę starsza ode mnie wtedy, gdy ją widziałam, ale niewiele pamiętam. Mówiła do Olivera tato. To wtedy stali się wrogami, chcieli zabić jedno drugiego. Madeline uciekła z dziewczynką, postrzelona. On dostał mnie, jej kolejny eksperyment i przejął wszystko co razem wypracowali, cały przemyt i handel ludźmi.
Więc teraz nie skończy się na Oliverze, muszę dorwać też jego żonę. Nie tylko dla zemsty, muszę wiedzieć, co ona zrobiła Nicole.
poniedziałek, 20 maja 2013
Nicole
- To coś poważnego? - zapytałam.
Mama zemdlała, dlatego chcieli, abym przyjechała.
- Zrobiłam wyniki stanu zdrowia, krwi i wszystko, co miałam możliwość zrobić - tłumaczyła lekarka. - I coś znalazłam. To nie jest dobra wiadomość.
- Co się stało? - zapytałam grobowym tonem.
Michael podszedł do nas szybko.
- Jakaś niezidentyfikowana substancja w jej krwi. Nie wiem, co to jest - wydawała się zmartwiona. - Jest tego coraz mniej, ale przez brak tego robi się słabsza. Jest uzależniona. Jak Nicole, ale to coś innego.
- Amy, radziłaś sobie z różnymi narkotykami - powiedział błagalnie Mike.
- To nie to samo. To nie taki narkotyk - była coraz bardziej smutna. - To środek uspokajający, uzależniający, a w przypadku odstawienia... Zakłócający pracę serca. Był podawany przez kilka lat. Organizm go potrzebuje. W ciągu kilku dni...
- Zabiję go! Zaj*bię sk*rwiela!
Byłam wściekła. Myślałam, że już wszystko będzie dobrze? Jak w bajce? Na co jeszcze czekam? Na księcia?
Kątem oka spojrzałam na Michaela.
- Alex, staram się odtworzyć formułę...
- I dalej ją tym truć?! - traciłam panowanie nad sobą.
Zobaczyłam jak Michael z błagalnym spojrzeniem kręci głową.
- Co?! Co znowu?!
- To ją zabija, tylko powoli. Widziałaś siniaki na jej ciele? - skinęłąm głową. - To nie ślady po uderzeniu. To pęknięte żyły. Jest chuda, osłabiona, ten kaszel... To ją zabija. Ale umrze jeszcze szybciej.
- Więc mam ją zabijać narkotykiem, aby przedłużyć jej życie? - mój ton ich zadziwił. To nie była wściekłość. Brzmiało jak opanowanie, głos wyprany z emocji. Krzyczałam w niemej furii...
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!, brzmiało w moich myślach.
- Muszę wiedzieć co to. Uda mi się, jeśli zrobię chemiczną podróbkę, która oszuka układ nerwowy i nie zaszkodzi sercu - mówiłą rzeczowym i smutnym jedno cześnie tonem.
- Zrobi co w jej mocy. Ja też, jak wszyscy - Michael złapał mnie za rękę.
Odepchnęłam go i odeszłam kawałek. Miałam nadzieję, że zrozumie, że nie potrafię teraz wszystkiego pojąć. Dopiero odzyskałąm matkę, postać z moich snów, marzeń...
I miałam ją straćić.
Bo żeby poznać skład, musiałam dorwać tego śmiecia.
I miałam zamiar to zrobić. Miałam tylko kilka dni.
Zobaczyłam otwarte drzwi do pomieszczenia z lekami. Poszłam w tamtą stronę, słysząc ciche kroki. Weszłam i od razu zauważyłam Nicole z pudełkiem tabletek w rękach.
- Co ty wyprawiasz?
Przestraszyła się i odruchowo cofnęła, wpadając na szafkę.
- Spokojnie, Nicole. Przecież wiesz, że już jesteś bezpieczna... - ale ona nie zwracała uwagi na moje słowa, zajęta chowaniem leków.
- Coś cię boli? - spokojnie odebrałam jej lek.
Morfina.
Narkotyk dla ćpunów.
- Muszę... - mruknęła. - Nie potrafię...
- Nicole...
- Nie wiesz, jak to jest! Wszystko mnie boli, muszę coś wziąć...
- Nie psuj sobie życia. To przez to wszystko się zaczęło. Tak cię przy sobie zatrzymywał - nie musiałam mówić, że chodzi o Olivera.
- Bo nie miałam lepszego życia! - rzuciła się na mnie, próbując odebrać mi lek.
Przycisnęłam ją do ziemi, wykręcając rękę. Zaczęła płakać.
- Nie mów tak! Nigdy...
- Nic nie wiesz. Nic! Masz prawdziwe życie, wiesz kim jesteś i żadne cholerstwo nie siedzi w twojej głowie! - łkała żałośnie.
- O czym mówisz? - zapytałam zdziwiona.
Odetchnęła głęboko.
- Nie miałam rodziców, byłam w sierocińcu pełnym smutku i niespełnionych marzeń... Uciekłam. Miałam... 12 lat? Chyba tak... I spotkałam kobietę. Zaoferowała pomoc w szukaniu ojca, który mnie porzucił, nie, on nie wiedział o mnie... Miała pomóc. Pamiętam tylko gabinet ze sprzętem a później... NIC! - załkała. - Tylko jedną noc...
- Opowiedz mi - poprosiłam.
- Nie wiedziałam kim jestem, co robię jak zawsze. Szłam razem z Madeline, tą kobietą, nieprzytomna, nierozumna... Z pistoletem w rękach. Spotkałyśmy Olivera, Madeline uzgadnaiła coś z nim, a ja... Wycelowałam, choć w głębi duszy próbowałam zatrzymać włąsne ręce. I ją zobaczyłam. Kilkuletnia dziewczynka, wyleciała zza rogu ulicy i podbiegła do Olivera z okrzykiem "tata!". Odzyskałam świadomość i przyszedł ból głowy... - zaczęła płakać jeszcze głośniej. - Przypomniał mi się mój cel. Znalezienie ojca. Oliver mnie zauważył i cały plan ... Nie pamiętałam już go, ale wiedziałam, że coś idzie nie tak. I on wycelował w Madeline, mówiąc, że nie powinna tego robić... Nie wiedziałam czego, nagle zapomniałam, odzyskiwałam świadomoś na chwilę, zostałąm spychana w głąb swojego umysłu, więrzona... Pistolet ciążył mi w dłoniach a ja nie chciałam strzelić...
- Nie wiem, co stało się z Madeline - dodała po chwili przerwy. - Ale Oliver do mnie strzelił. W rękę... Nie wiedziałam, co się stało, dlaczego to zrobił, widziałam ich twarze w snach i czułam, jak gdyby mózg miał mi eksplodować...
Padła w konwulsjach na ziemię. Potrząsnęłam niż, już po chwili odzyskała świadomość.
- Ten ból, gdy chcę sobie coś przypomnieć... Moje życie nie jest nic warte, bo pamiętam tylko własne zabójstwa tamtej nocy, bo wiem, że kogoś zabiłam, gdy byłam uwięziona we własnym mózgu. I Olivera, narkotyki... To nic nie warte, jak ja - spoglądała na mnie swoimi dużymi oczami.
- Wszystko jest warte. Dużo warte, twoje życie...
Mama zemdlała, dlatego chcieli, abym przyjechała.
- Zrobiłam wyniki stanu zdrowia, krwi i wszystko, co miałam możliwość zrobić - tłumaczyła lekarka. - I coś znalazłam. To nie jest dobra wiadomość.
- Co się stało? - zapytałam grobowym tonem.
Michael podszedł do nas szybko.
- Jakaś niezidentyfikowana substancja w jej krwi. Nie wiem, co to jest - wydawała się zmartwiona. - Jest tego coraz mniej, ale przez brak tego robi się słabsza. Jest uzależniona. Jak Nicole, ale to coś innego.
- Amy, radziłaś sobie z różnymi narkotykami - powiedział błagalnie Mike.
- To nie to samo. To nie taki narkotyk - była coraz bardziej smutna. - To środek uspokajający, uzależniający, a w przypadku odstawienia... Zakłócający pracę serca. Był podawany przez kilka lat. Organizm go potrzebuje. W ciągu kilku dni...
- Zabiję go! Zaj*bię sk*rwiela!
Byłam wściekła. Myślałam, że już wszystko będzie dobrze? Jak w bajce? Na co jeszcze czekam? Na księcia?
Kątem oka spojrzałam na Michaela.
- Alex, staram się odtworzyć formułę...
- I dalej ją tym truć?! - traciłam panowanie nad sobą.
Zobaczyłam jak Michael z błagalnym spojrzeniem kręci głową.
- Co?! Co znowu?!
- To ją zabija, tylko powoli. Widziałaś siniaki na jej ciele? - skinęłąm głową. - To nie ślady po uderzeniu. To pęknięte żyły. Jest chuda, osłabiona, ten kaszel... To ją zabija. Ale umrze jeszcze szybciej.
- Więc mam ją zabijać narkotykiem, aby przedłużyć jej życie? - mój ton ich zadziwił. To nie była wściekłość. Brzmiało jak opanowanie, głos wyprany z emocji. Krzyczałam w niemej furii...
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!, brzmiało w moich myślach.
- Muszę wiedzieć co to. Uda mi się, jeśli zrobię chemiczną podróbkę, która oszuka układ nerwowy i nie zaszkodzi sercu - mówiłą rzeczowym i smutnym jedno cześnie tonem.
- Zrobi co w jej mocy. Ja też, jak wszyscy - Michael złapał mnie za rękę.
Odepchnęłam go i odeszłam kawałek. Miałam nadzieję, że zrozumie, że nie potrafię teraz wszystkiego pojąć. Dopiero odzyskałąm matkę, postać z moich snów, marzeń...
I miałam ją straćić.
Bo żeby poznać skład, musiałam dorwać tego śmiecia.
I miałam zamiar to zrobić. Miałam tylko kilka dni.
Zobaczyłam otwarte drzwi do pomieszczenia z lekami. Poszłam w tamtą stronę, słysząc ciche kroki. Weszłam i od razu zauważyłam Nicole z pudełkiem tabletek w rękach.
- Co ty wyprawiasz?
Przestraszyła się i odruchowo cofnęła, wpadając na szafkę.
- Spokojnie, Nicole. Przecież wiesz, że już jesteś bezpieczna... - ale ona nie zwracała uwagi na moje słowa, zajęta chowaniem leków.
- Coś cię boli? - spokojnie odebrałam jej lek.
Morfina.
Narkotyk dla ćpunów.
- Muszę... - mruknęła. - Nie potrafię...
- Nicole...
- Nie wiesz, jak to jest! Wszystko mnie boli, muszę coś wziąć...
- Nie psuj sobie życia. To przez to wszystko się zaczęło. Tak cię przy sobie zatrzymywał - nie musiałam mówić, że chodzi o Olivera.
- Bo nie miałam lepszego życia! - rzuciła się na mnie, próbując odebrać mi lek.
Przycisnęłam ją do ziemi, wykręcając rękę. Zaczęła płakać.
- Nie mów tak! Nigdy...
- Nic nie wiesz. Nic! Masz prawdziwe życie, wiesz kim jesteś i żadne cholerstwo nie siedzi w twojej głowie! - łkała żałośnie.
- O czym mówisz? - zapytałam zdziwiona.
Odetchnęła głęboko.
- Nie miałam rodziców, byłam w sierocińcu pełnym smutku i niespełnionych marzeń... Uciekłam. Miałam... 12 lat? Chyba tak... I spotkałam kobietę. Zaoferowała pomoc w szukaniu ojca, który mnie porzucił, nie, on nie wiedział o mnie... Miała pomóc. Pamiętam tylko gabinet ze sprzętem a później... NIC! - załkała. - Tylko jedną noc...
- Opowiedz mi - poprosiłam.
- Nie wiedziałam kim jestem, co robię jak zawsze. Szłam razem z Madeline, tą kobietą, nieprzytomna, nierozumna... Z pistoletem w rękach. Spotkałyśmy Olivera, Madeline uzgadnaiła coś z nim, a ja... Wycelowałam, choć w głębi duszy próbowałam zatrzymać włąsne ręce. I ją zobaczyłam. Kilkuletnia dziewczynka, wyleciała zza rogu ulicy i podbiegła do Olivera z okrzykiem "tata!". Odzyskałam świadomość i przyszedł ból głowy... - zaczęła płakać jeszcze głośniej. - Przypomniał mi się mój cel. Znalezienie ojca. Oliver mnie zauważył i cały plan ... Nie pamiętałam już go, ale wiedziałam, że coś idzie nie tak. I on wycelował w Madeline, mówiąc, że nie powinna tego robić... Nie wiedziałam czego, nagle zapomniałam, odzyskiwałam świadomoś na chwilę, zostałąm spychana w głąb swojego umysłu, więrzona... Pistolet ciążył mi w dłoniach a ja nie chciałam strzelić...
- Nie wiem, co stało się z Madeline - dodała po chwili przerwy. - Ale Oliver do mnie strzelił. W rękę... Nie wiedziałam, co się stało, dlaczego to zrobił, widziałam ich twarze w snach i czułam, jak gdyby mózg miał mi eksplodować...
Padła w konwulsjach na ziemię. Potrząsnęłam niż, już po chwili odzyskała świadomość.
- Ten ból, gdy chcę sobie coś przypomnieć... Moje życie nie jest nic warte, bo pamiętam tylko własne zabójstwa tamtej nocy, bo wiem, że kogoś zabiłam, gdy byłam uwięziona we własnym mózgu. I Olivera, narkotyki... To nic nie warte, jak ja - spoglądała na mnie swoimi dużymi oczami.
- Wszystko jest warte. Dużo warte, twoje życie...
piątek, 17 maja 2013
Daj mi spokój!
- Do jasnej cholery, ile to już trwało?! Ile czasu nie daliście sobie z nimi rady?! I macie pretensje, że ktoś chce zrobić to, co należy?! Walczyć z nimi, bo CIA nie daje sobie rady?! - Michael tracił nad sobą panowanie.
- Przestań...- zaczął Sean.
- Bo co?! Jesteście ślepi?!
- Mike... - mruknęłam, chcąc go uspokoić. - Ja wszystko powiem... Idź do Natashy.
Natasha. W gabinecie naszego biura były kamery, mogli usłyszeć całą rozmowę.
Michael był zbyt zdenerwowany, a Johnatan z Susan zabrali mamę i Nicole do Amandy, zaufanego lekarza, którry nie potrzebuje ubezpieczenia, książeczki zdrowia czy nawet imienia pacjenta. Który pomaga osobom umarłym dla społeczeństwa, bez osobowości, tożsamości.
Michael wyszedł bez słowa. Trzasnął drzwiami.
- Jeszcze raz, opowiedz mi, co się tam stało?
Chyba kolejny raz, setny raz. Nic dziwnego, że Michael wychodził z siebie.
Odetchnęłam głęboko.
- Dostaliśmy zlecenie znalezienia córki klienta. Trop doprowadził nas do handlarza ludźmi, Olivera Silvera. W pierwszej akcji ucierpiała nasza agentka, ale udało nam się ponownie namierzyć Olivera w opuszczonej fabryce. Był przygotowany na nasz atak, nasz agent poległ... Znaleźliśmy te dwie kobiety. Zostaliśmy uwięzieni w budynku, ale gdyby nie nasz informatyk na zewnątrz, nie wydostalibyśmy się. W budynku była bomba, ale o tym wiesz, byłeś przy wybuchu.
Tak, CIA przyjechało niedługo przed wybuchem, był tam między innymi Sean. Który ma odwołać nas i przejąć misję. Utrudnić mi dostęp do Oilvera.
- I byliście tak samo nieudolni jak my w chwili wybuchu.
- To nie to samo - warknął.
- Czyżby? Mielliściue akta, powiązania, wszystkie dokumenty aut, firmy, tych ludzi... - wypomniałam, przypominając sobie, skąd my mieliśmy akta. Włąm Natashy do systemów CIA.
- A ty, jaką masz... Jaki masz udział w akcji?
- Słucham? - jego pytanie zbiło mnie z tropu tak, że zapomniałam, o czym miałam mówić.
Bo autorem tej historii był Johnatan, zakazał mi wspominać o Luku, o mamie sama nie chciałam wspominać. Wiem, że Oliver będzie jej szukał tak jak i mnie. I Nicole. Będzie likwidował świadków, więc także i wszystkich z biura.
- Panna Black, Oliver jest współudziałowcem firmy twoich rodziców, odkupił razem z innymi udziały, kiedy zginęli w wypadku...
- Sługerujesz, że chcę odzyskać firmę?! Do cholery, on zabija ludzi, awięzi ich i sprzedaje, a te dwie ocalałe kobiety są na to najlepszym dowodem...
- Jeszcze ich nie przesłuchiwałem - wypomniał.
- Bo są śmiertelnie napakowane tym jego szajsem! Widziałeś tą małą?! Ledwie żyje, a dopóki ich stan się nie polepszy, nie możesz do nich nawet podejść, zrozumiano?!
- Po co to utrudniać? Powiedz prawdę!
- Prawda jest taka, że ona ma rację, a ty jesteś bezsilny, bo nawet prawo zabrania ci ich ruszyć. Kończymy- to był Michael.
Sean zmierzył go groźnym wzrokiem i wyszedł.
- Poradziłabym sobie.
- Wiem, nie chodzi o ciebie. Chodzi o Evelyn, o jej zdrowie. Jest gorzej niż w fabryce.
- Przestań...- zaczął Sean.
- Bo co?! Jesteście ślepi?!
- Mike... - mruknęłam, chcąc go uspokoić. - Ja wszystko powiem... Idź do Natashy.
Natasha. W gabinecie naszego biura były kamery, mogli usłyszeć całą rozmowę.
Michael był zbyt zdenerwowany, a Johnatan z Susan zabrali mamę i Nicole do Amandy, zaufanego lekarza, którry nie potrzebuje ubezpieczenia, książeczki zdrowia czy nawet imienia pacjenta. Który pomaga osobom umarłym dla społeczeństwa, bez osobowości, tożsamości.
Michael wyszedł bez słowa. Trzasnął drzwiami.
- Jeszcze raz, opowiedz mi, co się tam stało?
Chyba kolejny raz, setny raz. Nic dziwnego, że Michael wychodził z siebie.
Odetchnęłam głęboko.
- Dostaliśmy zlecenie znalezienia córki klienta. Trop doprowadził nas do handlarza ludźmi, Olivera Silvera. W pierwszej akcji ucierpiała nasza agentka, ale udało nam się ponownie namierzyć Olivera w opuszczonej fabryce. Był przygotowany na nasz atak, nasz agent poległ... Znaleźliśmy te dwie kobiety. Zostaliśmy uwięzieni w budynku, ale gdyby nie nasz informatyk na zewnątrz, nie wydostalibyśmy się. W budynku była bomba, ale o tym wiesz, byłeś przy wybuchu.
Tak, CIA przyjechało niedługo przed wybuchem, był tam między innymi Sean. Który ma odwołać nas i przejąć misję. Utrudnić mi dostęp do Oilvera.
- I byliście tak samo nieudolni jak my w chwili wybuchu.
- To nie to samo - warknął.
- Czyżby? Mielliściue akta, powiązania, wszystkie dokumenty aut, firmy, tych ludzi... - wypomniałam, przypominając sobie, skąd my mieliśmy akta. Włąm Natashy do systemów CIA.
- A ty, jaką masz... Jaki masz udział w akcji?
- Słucham? - jego pytanie zbiło mnie z tropu tak, że zapomniałam, o czym miałam mówić.
Bo autorem tej historii był Johnatan, zakazał mi wspominać o Luku, o mamie sama nie chciałam wspominać. Wiem, że Oliver będzie jej szukał tak jak i mnie. I Nicole. Będzie likwidował świadków, więc także i wszystkich z biura.
- Panna Black, Oliver jest współudziałowcem firmy twoich rodziców, odkupił razem z innymi udziały, kiedy zginęli w wypadku...
- Sługerujesz, że chcę odzyskać firmę?! Do cholery, on zabija ludzi, awięzi ich i sprzedaje, a te dwie ocalałe kobiety są na to najlepszym dowodem...
- Jeszcze ich nie przesłuchiwałem - wypomniał.
- Bo są śmiertelnie napakowane tym jego szajsem! Widziałeś tą małą?! Ledwie żyje, a dopóki ich stan się nie polepszy, nie możesz do nich nawet podejść, zrozumiano?!
- Po co to utrudniać? Powiedz prawdę!
- Prawda jest taka, że ona ma rację, a ty jesteś bezsilny, bo nawet prawo zabrania ci ich ruszyć. Kończymy- to był Michael.
Sean zmierzył go groźnym wzrokiem i wyszedł.
- Poradziłabym sobie.
- Wiem, nie chodzi o ciebie. Chodzi o Evelyn, o jej zdrowie. Jest gorzej niż w fabryce.
środa, 15 maja 2013
Nadzieja
Tylko nie to. Proszę, nie to, myślałam ciągle, jak każdy próbując otworzyć drzwi.
- Domyślili się podstępu - szepnęłam.
Wszystkie drzwi były pozamykane. A my spoglądaliśmy na siebie bezradnie.
Więc to się czuje przed śmiercią. Żałowałam swojej bezradności, tego, że już nie zemszcze się na Oliverze za to, że zabił mojego ojca i małą siostrę. Za to, że porwał matkę, przetrzymywał i prawdopodobnie bił, sądząc po siniakach. Za Luka.
Spojrzałam na Nicole. Taka młoda. Mike, nie zasłużył na to, jak każdy z nas. Susan i Johnatan...
Syreny były coraz bliżej, było je słychać coraz głośniej.
Michael dyskutował z Johnatanem i mówił coś do słuchawki. Natasha już od kilku minut próbowała odblokować drzwi, przez włamanie do systemu.
Bo gdy energia została odcięta, nas plan diabli wzięli. Zamknęły się wszystkie drzwi w systemie awaryjknym. I uruchomiła bomba.
- Co?! Nie, nie idź tu! Nic ci to nie da! - krzyknął Michael do słuchawki.
Susan próbowała wyciągnąć od Nicole razem z Evelyn, gdzie jest bomba. Ale dziewczyna nie pamiętała, a strażnicy - ludzie Olivera ewakuowali się.
- Stąd nie ma wyjścia, ani tu nie ma wejścia... - szepnęła Nicole, gdy usłyszeliśmy syreny na podwórku.
- Policja - powiedział Michael.
Johnatan podał mi swoją słuchawkę.
- Alex - usłyszałam głos Natashy. - Wyduś z tej małej, gdzie jest główne pomieszczenie, skąd wszystko było monitorowane, sterowane. Ja próbuję się włamać do systemu i zmienić postępowanie awaryjne, ale jest zawieszony.... Musisz naprawić to, co ja spieprzyłam. Wpisz kod odblokowujący, MI0203. Zdążysz, zanim ta zabaweczka was rozsadzi?
- Nie dam się bez walki - zapewniłam.
Wypytywałam dziewczyny.
- Wschodnie skrzydło korytarza, drzwi po lewej...
Ale ja już jej nie słuchałam. Michael pokiwał głową i ruszył do Johnatana , według planu Natashy mieli ntychmiast wyprowadzić mamę i Nicole z budynku, gdy tylko uda się odblokować drzwi. Susan poszła ze mną.
- Zanim zjawiła się Natasha, ja byłam informatyczką biura. Jeśli pojawią się problemy, spróbuję coś zrobić.
Szybko dotarłyśmy do pomieszczenia. Było prawie tak samo wyposażone, jak pracownia Natashy w biurze.
Z kodem poszło bez problemu, jednak to, co zobaczyłam po uruchomieniu się systemu, zaskoczyło i przeraziło mnie jednocześnie.
Bomba miała ulec detonacji za 1:32.
Susan próbowała coś zrobiuć, zmienić ustawienia i anulować detonację budynku, jednak cenne sekundy leciały.
- Nic nie zrobimy, musimy uciekać i pomóc reszcie!
Moje słowa chyba do niej dotarły, ruszyłyśmy biegiem do wyjścia.
Gdy zbiegłyśmy na dół, udało nam się otworzyć drzwi, wpisując kod od Natashy.
Wybiegając z budynku, już wszyscy byliśmy bezpieczni. Nat razem z uzbrojonymi agentami CIA oblegali wejście, ale widząc nasz powrót, pomogli tylko odciągnąć od budynku mamę i Nicol. Wszyscy odbiegliśmy od budynku w momencie, gdy nastąpił wybucg.
- Domyślili się podstępu - szepnęłam.
Wszystkie drzwi były pozamykane. A my spoglądaliśmy na siebie bezradnie.
Więc to się czuje przed śmiercią. Żałowałam swojej bezradności, tego, że już nie zemszcze się na Oliverze za to, że zabił mojego ojca i małą siostrę. Za to, że porwał matkę, przetrzymywał i prawdopodobnie bił, sądząc po siniakach. Za Luka.
Spojrzałam na Nicole. Taka młoda. Mike, nie zasłużył na to, jak każdy z nas. Susan i Johnatan...
Syreny były coraz bliżej, było je słychać coraz głośniej.
Michael dyskutował z Johnatanem i mówił coś do słuchawki. Natasha już od kilku minut próbowała odblokować drzwi, przez włamanie do systemu.
Bo gdy energia została odcięta, nas plan diabli wzięli. Zamknęły się wszystkie drzwi w systemie awaryjknym. I uruchomiła bomba.
- Co?! Nie, nie idź tu! Nic ci to nie da! - krzyknął Michael do słuchawki.
Susan próbowała wyciągnąć od Nicole razem z Evelyn, gdzie jest bomba. Ale dziewczyna nie pamiętała, a strażnicy - ludzie Olivera ewakuowali się.
- Stąd nie ma wyjścia, ani tu nie ma wejścia... - szepnęła Nicole, gdy usłyszeliśmy syreny na podwórku.
- Policja - powiedział Michael.
Johnatan podał mi swoją słuchawkę.
- Alex - usłyszałam głos Natashy. - Wyduś z tej małej, gdzie jest główne pomieszczenie, skąd wszystko było monitorowane, sterowane. Ja próbuję się włamać do systemu i zmienić postępowanie awaryjne, ale jest zawieszony.... Musisz naprawić to, co ja spieprzyłam. Wpisz kod odblokowujący, MI0203. Zdążysz, zanim ta zabaweczka was rozsadzi?
- Nie dam się bez walki - zapewniłam.
Wypytywałam dziewczyny.
- Wschodnie skrzydło korytarza, drzwi po lewej...
Ale ja już jej nie słuchałam. Michael pokiwał głową i ruszył do Johnatana , według planu Natashy mieli ntychmiast wyprowadzić mamę i Nicole z budynku, gdy tylko uda się odblokować drzwi. Susan poszła ze mną.
- Zanim zjawiła się Natasha, ja byłam informatyczką biura. Jeśli pojawią się problemy, spróbuję coś zrobić.
Szybko dotarłyśmy do pomieszczenia. Było prawie tak samo wyposażone, jak pracownia Natashy w biurze.
Z kodem poszło bez problemu, jednak to, co zobaczyłam po uruchomieniu się systemu, zaskoczyło i przeraziło mnie jednocześnie.
Bomba miała ulec detonacji za 1:32.
Susan próbowała coś zrobiuć, zmienić ustawienia i anulować detonację budynku, jednak cenne sekundy leciały.
- Nic nie zrobimy, musimy uciekać i pomóc reszcie!
Moje słowa chyba do niej dotarły, ruszyłyśmy biegiem do wyjścia.
Gdy zbiegłyśmy na dół, udało nam się otworzyć drzwi, wpisując kod od Natashy.
Wybiegając z budynku, już wszyscy byliśmy bezpieczni. Nat razem z uzbrojonymi agentami CIA oblegali wejście, ale widząc nasz powrót, pomogli tylko odciągnąć od budynku mamę i Nicol. Wszyscy odbiegliśmy od budynku w momencie, gdy nastąpił wybucg.
poniedziałek, 13 maja 2013
Jeśli wyjdziemy z tego żywi
Kula przeleciała mi obok ucha. Szybko upadłam na ziemię, pociągając za sobą mamę i Michaela.
- Musimy dostać się do piwnicy. Są tam Sus i ojciec. Oni też są ostrzeliwani.
Nie mogłam w to uwierzyć. Miało być kilku strażników, łatwy dostęp do uwięzionych ludzi i szybkie wyjście. Ale jak atakowani byli również inni, skoro koło nas było około dziesięciu strażników, a prawie wszystkich zaplanowanych zdjęliśmy?
Najbardziej jednak martwiłam się o mamę i znajomych z biura detektywistycznego. Nie o siebie.
- Michael, jak? - nie musiałam pytać więcej.
- Nie wiem. On pewnie są poinformowani, wiedzą gdzie nas szukać... - urwał. - Że co?! - krzyknął i wychylił się, by jeszcze raz strzelić w przeciwników.
Teraz słuchał. Domyśliłam się, że przez słuchawkę dalej kontaktuje się z Natashą. Strzelałam, ale rzadko mogłam trafić tak, aby nie dostać sama. A na to nie mogłam sobie pozwolić, osłaniając Michaela i dziwnie milczącą mamę.
- Musimy uciekać... - szeptała, złapała mnie za wolną rękę. - Alarm uruchomiony...
- O czym ty mówisz?
- Tu są skanery ciepła, do cholery! Nat mi przed chwilą powiedziała! Wyczuwają ludzi na różnych pozionach!
- To nie to - matka była strasznie przestraszona. - Czujniki, a za nimi ładunki detonujące. Najwięcej w piwnicy, bo gdy przewieźli prawie wszystkich ludzi...
- CO?! Jak to przewieźli?! - ryknął Mike, celując w napastników.
- Wiedziałąm, gdy mnie przeprowadzali do tamtego pomieszczenia ćwiczenia szykowali się do obrony... Przed wami - dodała jeszcze bardziej przestraszona.
Spojrzałam na Michaela. Teraz znowu słuchał poleceń Natashy. Szkoda, że ja straciłam słuchawkę, kiedy... Nie mogłam nawet o tym myśleć.
- Nerd przeprogramowuje czujniki. Za kilka sekund najwięcej będzie wskazywał wschodnie wejście. Mamy od niego najdalej, reszta też. Zaraz zgaśnie światło, po trzech sekundach biegnijcie w tamtą stronę - szeptał do mnie gorączkowo.
- Złapią nas, zabiją... - powtarzała mama. - Oddajcie mnie im i uciekajcie...
Ale ja przestałam jej słuchać. Wpatrywałam się w Michaela. Plan mógł się udać, nie było okien, a gdy odetniemy energię, Nat cudem musiałaby dobrać się do węzła awaryjnego, aby całkiem wyłączyć oświetlenie. Ale dalej jest ryzyko, że gdy zyskamy kilka sekund, ktoś zostanie ranny lub...
Światła zgasły.
- Korytarzem, osłaniam was! - krzyknął Mike.
Napastników było nagle mniej. Poszli pilnować wschodniego wejścia. Mamy blisko do zachodniego...
Uciekaliśmy, dopóki nie minęła nas kolejna kula. Już miałam strzelić...
- Susan?
- Alex, to wy! - usłyszałam znajomy głos. - Musimy uciekać...
Nagle strzeliła w kogoś za mną. Czyli nie wszyscy zostali zdjęci lub odwołani do obrony czegoś, co za kilka minut miało okazać się odwróceniem uwagi.
- Daj mi pistolet - Sus zwróciła się do Johnatana, skończyły się jej naboje.
- Dam ci wszystko, jeśli wyjdziemy z tego żywi - podał jej pistolet. - Możesz wyczekiwać też oświadczyn.
- Szkoda, że mówisz mi to przed śmiercią - mruknęła.
Nagle usłyszałam syreny. Policja.
Szybko pobiegliśmy do wyjścia, ja prowadząc mamę, inni osłaniając nas. Z jednego z korytarzy wybiegła mała, kuląca się postać. Johnatan już celował do strzału, lecz mama rzuciła się na niego.
- Nie! To Nicole, jeszcze dziecko, jedyna oprócz mnie, która zostałą w tym piekle.... - tłumaczyła.
Dziewczyna, okoł 16 lat podbiegłą do nas.
- Nie strzelajcie! - łkała. - Proszę nas, wyciągnijcie mnie stąd, uciekajmy... Uciekajcie! - ledwo trzymała się na nogach, w rękach trzymałą zakrwawiony nóż. I te zamglone oczy; narkomanka. Nie chciałąm myśleć, co mogło ją tu spotykać. - Musimy uciekać, tu jest BOMBA!
- Musimy dostać się do piwnicy. Są tam Sus i ojciec. Oni też są ostrzeliwani.
Nie mogłam w to uwierzyć. Miało być kilku strażników, łatwy dostęp do uwięzionych ludzi i szybkie wyjście. Ale jak atakowani byli również inni, skoro koło nas było około dziesięciu strażników, a prawie wszystkich zaplanowanych zdjęliśmy?
Najbardziej jednak martwiłam się o mamę i znajomych z biura detektywistycznego. Nie o siebie.
- Michael, jak? - nie musiałam pytać więcej.
- Nie wiem. On pewnie są poinformowani, wiedzą gdzie nas szukać... - urwał. - Że co?! - krzyknął i wychylił się, by jeszcze raz strzelić w przeciwników.
Teraz słuchał. Domyśliłam się, że przez słuchawkę dalej kontaktuje się z Natashą. Strzelałam, ale rzadko mogłam trafić tak, aby nie dostać sama. A na to nie mogłam sobie pozwolić, osłaniając Michaela i dziwnie milczącą mamę.
- Musimy uciekać... - szeptała, złapała mnie za wolną rękę. - Alarm uruchomiony...
- O czym ty mówisz?
- Tu są skanery ciepła, do cholery! Nat mi przed chwilą powiedziała! Wyczuwają ludzi na różnych pozionach!
- To nie to - matka była strasznie przestraszona. - Czujniki, a za nimi ładunki detonujące. Najwięcej w piwnicy, bo gdy przewieźli prawie wszystkich ludzi...
- CO?! Jak to przewieźli?! - ryknął Mike, celując w napastników.
- Wiedziałąm, gdy mnie przeprowadzali do tamtego pomieszczenia ćwiczenia szykowali się do obrony... Przed wami - dodała jeszcze bardziej przestraszona.
Spojrzałam na Michaela. Teraz znowu słuchał poleceń Natashy. Szkoda, że ja straciłam słuchawkę, kiedy... Nie mogłam nawet o tym myśleć.
- Nerd przeprogramowuje czujniki. Za kilka sekund najwięcej będzie wskazywał wschodnie wejście. Mamy od niego najdalej, reszta też. Zaraz zgaśnie światło, po trzech sekundach biegnijcie w tamtą stronę - szeptał do mnie gorączkowo.
- Złapią nas, zabiją... - powtarzała mama. - Oddajcie mnie im i uciekajcie...
Ale ja przestałam jej słuchać. Wpatrywałam się w Michaela. Plan mógł się udać, nie było okien, a gdy odetniemy energię, Nat cudem musiałaby dobrać się do węzła awaryjnego, aby całkiem wyłączyć oświetlenie. Ale dalej jest ryzyko, że gdy zyskamy kilka sekund, ktoś zostanie ranny lub...
Światła zgasły.
- Korytarzem, osłaniam was! - krzyknął Mike.
Napastników było nagle mniej. Poszli pilnować wschodniego wejścia. Mamy blisko do zachodniego...
Uciekaliśmy, dopóki nie minęła nas kolejna kula. Już miałam strzelić...
- Susan?
- Alex, to wy! - usłyszałam znajomy głos. - Musimy uciekać...
Nagle strzeliła w kogoś za mną. Czyli nie wszyscy zostali zdjęci lub odwołani do obrony czegoś, co za kilka minut miało okazać się odwróceniem uwagi.
- Daj mi pistolet - Sus zwróciła się do Johnatana, skończyły się jej naboje.
- Dam ci wszystko, jeśli wyjdziemy z tego żywi - podał jej pistolet. - Możesz wyczekiwać też oświadczyn.
- Szkoda, że mówisz mi to przed śmiercią - mruknęła.
Nagle usłyszałam syreny. Policja.
Szybko pobiegliśmy do wyjścia, ja prowadząc mamę, inni osłaniając nas. Z jednego z korytarzy wybiegła mała, kuląca się postać. Johnatan już celował do strzału, lecz mama rzuciła się na niego.
- Nie! To Nicole, jeszcze dziecko, jedyna oprócz mnie, która zostałą w tym piekle.... - tłumaczyła.
Dziewczyna, okoł 16 lat podbiegłą do nas.
- Nie strzelajcie! - łkała. - Proszę nas, wyciągnijcie mnie stąd, uciekajmy... Uciekajcie! - ledwo trzymała się na nogach, w rękach trzymałą zakrwawiony nóż. I te zamglone oczy; narkomanka. Nie chciałąm myśleć, co mogło ją tu spotykać. - Musimy uciekać, tu jest BOMBA!
piątek, 10 maja 2013
Zdradzona
Szybko spojrzałam w tamtą stronę...
Luke.
- Już się martwiłam, nie odpowiadałeś Natashy... - zaczęłam.
Podszedł do mnie i wyciągnął mi słuchawkę z ucha.
- Luke, co ty robisz? - zapytałam zdezorientowana.
- Spokojnie - mruknął. - Odejdź od niej - nakazał, wskazując na moją matkę.
- Musimy jej pomóc, co ty mówisz? Wszystko w porządku? Ni c z tego nie rozumiem...
Odepchnął mnie i wyciągając pistolet, przyłożył go do skroni matki. Zerwałam się i ruszyłam w ich stronę.
- Nie podchodź - ostrzegł spokojnie, odciągając Evelyn na bok.
- Opuść to! Co się z tobą dzieje...? - byłam rozdarta. Tak bardzo chciałam pomóc mamie, ale Luke...
Jego mina, byłam pewna, że może strzelić. To nie była mina mojego Luka. Tylko szaleńca.
- Rzuć broń! Już, pistolet na ziemię! - krzyczał.
Posłusznie posłożyłam pistolet na ziemi, cały czas go obserwując.
- Nóż. W bucie - przypomniał.
- Luke... - i zrobiłam błąd. Krok do przodu.
Uderzył matkę. Nie mogłam tego wytrzymać. To nie był chłopak, którego znałam. To niemożliwe...
- Puść ją do cholery! - krzyknęłam, łzy ciekły mi po policzkach.
Westchnął i pokręcił głową, cały czas obserwując moją twarz.
- Dlaczego jesteś taką idiotką? - wymawiał powoli każde słowo, każde raniło mnie jak nóż. - Rób co każę, albo ona zginie. Nie żartuję, przecież wiesz. Znasz mnie.
Ostatnie dwa słowa wbiły się w moje serce.
- Tak myślałam - powiedziałam zimno, cały czas obserwując pistolet przy skroni matki. - Czego chcesz?
- To bardzo proste. Waszej śmierci - jego spokojny i lekko zmieniony ton głosu, zupełnie niepasujący do zabójcy miał mnie chyba zmylić.
- Nie uda ci się to. Zostaw je! - usłyszałąm Michaela tuż za sobą. Ale nie chciałam odwrócić wzroku od Luka, więc uparcie wpatrywałam się w niego.
Usłyszałam ładowanie pistoletu.
- Och, mamy i naszego bohatera! Zginiesz następny - słodko się uśmiechnął.
- Luke, co ty robisz? Nie widzisz swoich działań? Jesteśmy jak bracia... - mówił Michael, spokojnym tonem policyjnego negocjatora.
- Nigdy! Zawsze najlepszy, święty Mikey! - krzyczał, tracąc panowanie nad spokojnym głosem i twarzą pokerzysty. - Wiesz kto jestmoją prawdziwą rodziną?! Włąśnie oni. Dali mi wszystko...
- Karton i działkę?! - wydarł się Michael.
- Wszystko! Całe życie! - krzyczał, zaciskając coraz mocniej drżące ręce na pistolecie.
- Po co to robisz? - zapytałam głosem zdławionym łzami.
Ale nie takiej odpowiedzi się spodziewałam.
- Dla ciebie, skarbie. Ten cały show jest właśnie dla ciebie - Michael chciał coś powidzieć, ale uciszyłam go machnięciem ręki. - Nie przeszkodzisz nam.
Już wiedziałam. Cała układanka...
- Jesteś zdrajcą! - krzyknęłam.
- Wreszcie się domyśliłaś! - pochwalił. - Evie... - wypowiedział zdrobnienie mojej matki. Wzdrygnęłam się.- Musieliśmy ją mieć. Jedyna znająca kontakty, zbyty, wszystkie zabezpieczenia, kody firmy... I nasz gość główny! - wskazał na mnie. - Nie przeszkodzisz nam! Nigdy!
I wtedy Michael wystrzelił. Luke padł na ziemię.
Wzięłam matkę pod ramię, Michael mi pomógł i razem wyszliśmy na główny korytarz.
Prosto w piekło.
Luke.
- Już się martwiłam, nie odpowiadałeś Natashy... - zaczęłam.
Podszedł do mnie i wyciągnął mi słuchawkę z ucha.
- Luke, co ty robisz? - zapytałam zdezorientowana.
- Spokojnie - mruknął. - Odejdź od niej - nakazał, wskazując na moją matkę.
- Musimy jej pomóc, co ty mówisz? Wszystko w porządku? Ni c z tego nie rozumiem...
Odepchnął mnie i wyciągając pistolet, przyłożył go do skroni matki. Zerwałam się i ruszyłam w ich stronę.
- Nie podchodź - ostrzegł spokojnie, odciągając Evelyn na bok.
- Opuść to! Co się z tobą dzieje...? - byłam rozdarta. Tak bardzo chciałam pomóc mamie, ale Luke...
Jego mina, byłam pewna, że może strzelić. To nie była mina mojego Luka. Tylko szaleńca.
- Rzuć broń! Już, pistolet na ziemię! - krzyczał.
Posłusznie posłożyłam pistolet na ziemi, cały czas go obserwując.
- Nóż. W bucie - przypomniał.
- Luke... - i zrobiłam błąd. Krok do przodu.
Uderzył matkę. Nie mogłam tego wytrzymać. To nie był chłopak, którego znałam. To niemożliwe...
- Puść ją do cholery! - krzyknęłam, łzy ciekły mi po policzkach.
Westchnął i pokręcił głową, cały czas obserwując moją twarz.
- Dlaczego jesteś taką idiotką? - wymawiał powoli każde słowo, każde raniło mnie jak nóż. - Rób co każę, albo ona zginie. Nie żartuję, przecież wiesz. Znasz mnie.
Ostatnie dwa słowa wbiły się w moje serce.
- Tak myślałam - powiedziałam zimno, cały czas obserwując pistolet przy skroni matki. - Czego chcesz?
- To bardzo proste. Waszej śmierci - jego spokojny i lekko zmieniony ton głosu, zupełnie niepasujący do zabójcy miał mnie chyba zmylić.
- Nie uda ci się to. Zostaw je! - usłyszałąm Michaela tuż za sobą. Ale nie chciałam odwrócić wzroku od Luka, więc uparcie wpatrywałam się w niego.
Usłyszałam ładowanie pistoletu.
- Och, mamy i naszego bohatera! Zginiesz następny - słodko się uśmiechnął.
- Luke, co ty robisz? Nie widzisz swoich działań? Jesteśmy jak bracia... - mówił Michael, spokojnym tonem policyjnego negocjatora.
- Nigdy! Zawsze najlepszy, święty Mikey! - krzyczał, tracąc panowanie nad spokojnym głosem i twarzą pokerzysty. - Wiesz kto jestmoją prawdziwą rodziną?! Włąśnie oni. Dali mi wszystko...
- Karton i działkę?! - wydarł się Michael.
- Wszystko! Całe życie! - krzyczał, zaciskając coraz mocniej drżące ręce na pistolecie.
- Po co to robisz? - zapytałam głosem zdławionym łzami.
Ale nie takiej odpowiedzi się spodziewałam.
- Dla ciebie, skarbie. Ten cały show jest właśnie dla ciebie - Michael chciał coś powidzieć, ale uciszyłam go machnięciem ręki. - Nie przeszkodzisz nam.
Już wiedziałam. Cała układanka...
- Jesteś zdrajcą! - krzyknęłam.
- Wreszcie się domyśliłaś! - pochwalił. - Evie... - wypowiedział zdrobnienie mojej matki. Wzdrygnęłam się.- Musieliśmy ją mieć. Jedyna znająca kontakty, zbyty, wszystkie zabezpieczenia, kody firmy... I nasz gość główny! - wskazał na mnie. - Nie przeszkodzisz nam! Nigdy!
I wtedy Michael wystrzelił. Luke padł na ziemię.
Wzięłam matkę pod ramię, Michael mi pomógł i razem wyszliśmy na główny korytarz.
Prosto w piekło.
środa, 8 maja 2013
Matka
Szłam przez ciasne korytarze, szukając Luka.
Cały czas z wyciągniętą przed siebie bronią, wysłuchiwałam poleceń Natashy. Bo gdy straciła monitoring, upadła linia łączności ii nie mogliśmy komunikować się wszyscy, jak przedtem. Coś przerwało także te łącza komputerowe.
Jedyne, co zostało, to głos Natashy w słuchawce przekazujący nam wszystkim informacje, każdemu z osobna.
- Co u reszty? - szepnęłam.
- Mike próbuje się obronić, natarło na niego dwóch innych strażników. Johnatan i Susan nie mogą tam dotrzeć, przy nich jest ich troje. Ale radzi sobie.
- Dobrze. Nie mogę znaleźć Luka...
Weszłam do okrągłego pomieszczenia, za ledwo widocznymi drzwiami. Nim skończyłam mówić, Natasha krzyknęla:
- Jesteś tam? Alex, słyszysz mnie?!
- Tak, wszystko ok. O co chodzi?
- Straciłam twój sygnał. Wygląda, jakbyś się nagle rozpłynęła w powietrzu - była zdezorientowana.
- Jestem w jakimś okrągłym pomieszczeniu...
Weszłam za prowadzące do innego pomieszczenia drzwi. Siedziała tam drobna, jasnowłosa kobieta ze spuszczoną głową. Nie była uzbrojona. Jedna z porwanych.
- Spokojnie, pomogę pani...
Ale dalsze słowa zamarły mi w gardle, gdy kobieta odgarnęła włosy, ukazując twarz.
Tak dobrze znaną mi twarz ze zdjęć porozstawianych w moim domu. Ze wspomnień. Moja twarz.
Moja matka.
- Alexandro? - wyszeptała.
- Mama? - nie mogłam nic więcej z siebie wydusić. Dotknęłam jej, aby sprawdzić, czy jest prawdziwa.
Wzięła mnie w objęcia.
- Alexandro, musisz uciekać. Ja już jestem stracona, ale ty...
Chciałam zaprotestować, powiedzieć, że jej nie zostawię, ale głos uwiązł mi w gardle, gdy usłyszałam otwierane drzwi.
Cały czas z wyciągniętą przed siebie bronią, wysłuchiwałam poleceń Natashy. Bo gdy straciła monitoring, upadła linia łączności ii nie mogliśmy komunikować się wszyscy, jak przedtem. Coś przerwało także te łącza komputerowe.
Jedyne, co zostało, to głos Natashy w słuchawce przekazujący nam wszystkim informacje, każdemu z osobna.
- Co u reszty? - szepnęłam.
- Mike próbuje się obronić, natarło na niego dwóch innych strażników. Johnatan i Susan nie mogą tam dotrzeć, przy nich jest ich troje. Ale radzi sobie.
- Dobrze. Nie mogę znaleźć Luka...
Weszłam do okrągłego pomieszczenia, za ledwo widocznymi drzwiami. Nim skończyłam mówić, Natasha krzyknęla:
- Jesteś tam? Alex, słyszysz mnie?!
- Tak, wszystko ok. O co chodzi?
- Straciłam twój sygnał. Wygląda, jakbyś się nagle rozpłynęła w powietrzu - była zdezorientowana.
- Jestem w jakimś okrągłym pomieszczeniu...
Weszłam za prowadzące do innego pomieszczenia drzwi. Siedziała tam drobna, jasnowłosa kobieta ze spuszczoną głową. Nie była uzbrojona. Jedna z porwanych.
- Spokojnie, pomogę pani...
Ale dalsze słowa zamarły mi w gardle, gdy kobieta odgarnęła włosy, ukazując twarz.
Tak dobrze znaną mi twarz ze zdjęć porozstawianych w moim domu. Ze wspomnień. Moja twarz.
Moja matka.
- Alexandro? - wyszeptała.
- Mama? - nie mogłam nic więcej z siebie wydusić. Dotknęłam jej, aby sprawdzić, czy jest prawdziwa.
Wzięła mnie w objęcia.
- Alexandro, musisz uciekać. Ja już jestem stracona, ale ty...
Chciałam zaprotestować, powiedzieć, że jej nie zostawię, ale głos uwiązł mi w gardle, gdy usłyszałam otwierane drzwi.
poniedziałek, 6 maja 2013
Niespodzianka
Dwóch strażników wnętrza zdjętych. Zostało pięciu.
- Nat, jak sytuacja?
- Mam was na podglądzie cały czas. Strzażnicy urządzili sobie przerwę na pierwszym piętrze. Jak słodko - stwierdziła z przekąsem.
- Ludzie w piwnicy? - dopytywał się Michael.
- Taa, plus jeden strażnik przy drzwiach do nich. Uwaga, wygląda jak prawdziwy Terminator.
- Poradzimy sobie. Biorę go na siebie - mruknęła Susan.
Johnatan zmierzył ją badawczym spojrzeniem. To jeden z facetów z ciężarówki, ten torturujący wcześniej Sus.
Zeszliśmy schodami w dół.
- Uwaga, strażnicy idą w waszą stronę - usłyszeliśmy głos Nerda.
- Rozdzielmy się - zaproponował szybko Luke. - Musimy być gotowi.
- Luke, to chyba nie jest... - zaczął Johnatan.
- Niestety, muszę przyznać rację Marudzie - mruknęła niechętnie Natasha w naszych słuchawkach. - To dobry pomysł. Dwoje na pierwszym piętrze zostaje, jeden idzie od zachodniego wejścia, dwoje bierze wschód.
- Biorę faceta na zachodzie - mruknął Luke.
Gdy szef skinął głową, ruszył w przeciwną stronę.
- Alarm!! Dwójka ze wszchodu się zbliża! - uprzedziła Nat.
- Alex, co powiesz na zabawę z nimi? - zapytał Michael, lecz poważnym tonem.
Ruszyliśmy na wschód. Gdy rozdzielili się, Mike zdjął jednego z nich.
- Dobra robota, Mikey - pochwaliła Natasha.
Szliśmy dalej, gdy nagle Michael został omal trafiony przez drugiego. Schowaliśmy się za ścianą. Michael ciągle w niego strzelał.
- Mikey, uwaga! Musisz... Oliver! - krzyknęła nagle dziewczyna. - Na końcu korytarza... To chyba on. Cholera, straciłam monitoring!
Gożej już być nie mogło.
- Osłaniaj mnie!
- Nigdzie nie idziesz - chwycił mnie za nadgarstek.
- Muszę - ruszyłam szybko, wyrywając dłoń z jego uścisku. Kula przeleciała mi przed twarzą. Usłyszałam jak Mike strzela do strażnika.
- Ktoś dał im znowu znać! - usłyszałam w słuchawce. - Mikey ich zatrzyma, dorwij Olivera! Cholera... Straciłam sygnał Luka.
Nie było nad czym się zastanawiać. Dobro zespołu. Jeśli nie ma sygnału... Luke mógł nawet nie żyć... Dobro zespołu.
- Oliverem zajmę się później. Idę po Luka.
- Nat, jak sytuacja?
- Mam was na podglądzie cały czas. Strzażnicy urządzili sobie przerwę na pierwszym piętrze. Jak słodko - stwierdziła z przekąsem.
- Ludzie w piwnicy? - dopytywał się Michael.
- Taa, plus jeden strażnik przy drzwiach do nich. Uwaga, wygląda jak prawdziwy Terminator.
- Poradzimy sobie. Biorę go na siebie - mruknęła Susan.
Johnatan zmierzył ją badawczym spojrzeniem. To jeden z facetów z ciężarówki, ten torturujący wcześniej Sus.
Zeszliśmy schodami w dół.
- Uwaga, strażnicy idą w waszą stronę - usłyszeliśmy głos Nerda.
- Rozdzielmy się - zaproponował szybko Luke. - Musimy być gotowi.
- Luke, to chyba nie jest... - zaczął Johnatan.
- Niestety, muszę przyznać rację Marudzie - mruknęła niechętnie Natasha w naszych słuchawkach. - To dobry pomysł. Dwoje na pierwszym piętrze zostaje, jeden idzie od zachodniego wejścia, dwoje bierze wschód.
- Biorę faceta na zachodzie - mruknął Luke.
Gdy szef skinął głową, ruszył w przeciwną stronę.
- Alarm!! Dwójka ze wszchodu się zbliża! - uprzedziła Nat.
- Alex, co powiesz na zabawę z nimi? - zapytał Michael, lecz poważnym tonem.
Ruszyliśmy na wschód. Gdy rozdzielili się, Mike zdjął jednego z nich.
- Dobra robota, Mikey - pochwaliła Natasha.
Szliśmy dalej, gdy nagle Michael został omal trafiony przez drugiego. Schowaliśmy się za ścianą. Michael ciągle w niego strzelał.
- Mikey, uwaga! Musisz... Oliver! - krzyknęła nagle dziewczyna. - Na końcu korytarza... To chyba on. Cholera, straciłam monitoring!
Gożej już być nie mogło.
- Osłaniaj mnie!
- Nigdzie nie idziesz - chwycił mnie za nadgarstek.
- Muszę - ruszyłam szybko, wyrywając dłoń z jego uścisku. Kula przeleciała mi przed twarzą. Usłyszałam jak Mike strzela do strażnika.
- Ktoś dał im znowu znać! - usłyszałam w słuchawce. - Mikey ich zatrzyma, dorwij Olivera! Cholera... Straciłam sygnał Luka.
Nie było nad czym się zastanawiać. Dobro zespołu. Jeśli nie ma sygnału... Luke mógł nawet nie żyć... Dobro zespołu.
- Oliverem zajmę się później. Idę po Luka.
sobota, 4 maja 2013
Informacja
Uwaga!!!
Nie wiem, czy ktoś to czyta, ale jestem niepoprawną optymistką, więc będę pisać choćby dla jednej osoby lub dla samej siebie. Ale miło przeczytać/ usłyszeć, że kogoś interesują moje opowiadania, więc może się ujawnicie (np. w komentarzach)? Przyjmę też krytykę i pomysły na rozwój akcji, choć ich mi na razie nie brakuje.
Ale postanowiłam <w związku z nawałem prac domowych, obowiązków i zbliżających się sprawdzianów>, że będę dodawać trzy rozdziały tygodniowo, tj. PONIEDZIAŁEK, ŚRODA i PIĄTEK. Jeśli będę miała więcej czasu, może wrócę do dodawania postów codziennie. Miłego czytania! ;***
Nie wiem, czy ktoś to czyta, ale jestem niepoprawną optymistką, więc będę pisać choćby dla jednej osoby lub dla samej siebie. Ale miło przeczytać/ usłyszeć, że kogoś interesują moje opowiadania, więc może się ujawnicie (np. w komentarzach)? Przyjmę też krytykę i pomysły na rozwój akcji, choć ich mi na razie nie brakuje.
Ale postanowiłam <w związku z nawałem prac domowych, obowiązków i zbliżających się sprawdzianów>, że będę dodawać trzy rozdziały tygodniowo, tj. PONIEDZIAŁEK, ŚRODA i PIĄTEK. Jeśli będę miała więcej czasu, może wrócę do dodawania postów codziennie. Miłego czytania! ;***
Dwa cele
- Masz pięć minut. Jeśli się nie uda, nie czekamy dłużej; wracasz. Teraz mamy jedną z nielicznych szans, która może skończyć się sukcesem. Są rozproszeni, bo za dwie godziny zmieniają miejsce...
- Johnatan, daruj sobie. Wiem na co się piszę i znam plan - przerwała szefowi Natasha.
Ta dwójka, ja i Susan siedzieliśmy właśnie w aucie zaparkowanym 30 metrów od miejsca naszej akcji.
Wyszliśmy z samochodu i skierowaliśmy się przez gęsty lasek do starej fabryki. Cały czas słuchaliśmy przypomnienia planu, choć przygotowywaliśmy się wcześniej bardzo starannie.
Ciekawe, czy Michael i Luke poradzą sobie dobrze ze swoim zadaniem oczyszczenia terenu. I czy również nam pójdzie dobrze z tym i odbiciem porwanych.
Oraz czy ja poradzę sobie w swojej własnej misji. Zemsta i prawda. Coś, co w ostatnim czasie było moim największym i najważniejszym celem. Coś, w co przez długi czas wkładałam całe zaangażowanie, na co czekałam ze zniecierpliwieniem i długo myślałam.
Tylko czy teraz sobie poradzę?
Najpierw wspólny cel, reszta należy tylko do mnie.
Każde z nas skierowało się do swoich "stanowisk". Wyciągnęłam naładowaną broń. Jeśli pójdzie bez komplikacji, karabin z tłumikiem załatwi sprawę. Jeśli nie - za paskiem mam pistolet, a w bucie nóż.
Bez przeszkód trafiłam w pierwszego strażnika. Wiedziałam, że trafię. Zdrugim też poszło łatwo.
- Wszystko bez komplikacji - odezwałam się cicho do nadajnika otrzymanego od Natashy.
- U nas też dobrze - usłyszałam odpowiedź od reszty w małej słuchaweczce w moim uchu.
- Problemy z podłączeniem - mruknęła Susan.
- Nigdzie nie wracam - wykłócałą się z nią Natasha. - To tylko kabel...
- Nat... - jęknął Johnatan.
- Nerdzie, wszystko gra? - zapytałam.
Martwiłam się pomysłem o tym podłączeniu, jednak każde z nas wiedziało, jak istotną rolę odegra to w naszej akcji.
- Tak - chwila przerwy. - Jest, udało się! - mruknęła Natasha. - Wracam.
- My spotykamy się przy drzwiach. Zaraz wchodzimy - usłyszałam komendę.
- My już czekamy - zameldował Mike. - Luke, spokojnie.
Martwił się o powodzenie naszej akcji już od zaplanowania ataku na fabrykę. Nawet bardziej ode mnie.
Szłam w milczeniu, czekając na jakiś sygnał niepowodzenia. Nic.
Po chwili wszyscy zebraliśmy się przed wejściem.
- Wchodzimy.
- Johnatan, daruj sobie. Wiem na co się piszę i znam plan - przerwała szefowi Natasha.
Ta dwójka, ja i Susan siedzieliśmy właśnie w aucie zaparkowanym 30 metrów od miejsca naszej akcji.
Wyszliśmy z samochodu i skierowaliśmy się przez gęsty lasek do starej fabryki. Cały czas słuchaliśmy przypomnienia planu, choć przygotowywaliśmy się wcześniej bardzo starannie.
Ciekawe, czy Michael i Luke poradzą sobie dobrze ze swoim zadaniem oczyszczenia terenu. I czy również nam pójdzie dobrze z tym i odbiciem porwanych.
Oraz czy ja poradzę sobie w swojej własnej misji. Zemsta i prawda. Coś, co w ostatnim czasie było moim największym i najważniejszym celem. Coś, w co przez długi czas wkładałam całe zaangażowanie, na co czekałam ze zniecierpliwieniem i długo myślałam.
Tylko czy teraz sobie poradzę?
Najpierw wspólny cel, reszta należy tylko do mnie.
Każde z nas skierowało się do swoich "stanowisk". Wyciągnęłam naładowaną broń. Jeśli pójdzie bez komplikacji, karabin z tłumikiem załatwi sprawę. Jeśli nie - za paskiem mam pistolet, a w bucie nóż.
Bez przeszkód trafiłam w pierwszego strażnika. Wiedziałam, że trafię. Zdrugim też poszło łatwo.
- Wszystko bez komplikacji - odezwałam się cicho do nadajnika otrzymanego od Natashy.
- U nas też dobrze - usłyszałam odpowiedź od reszty w małej słuchaweczce w moim uchu.
- Problemy z podłączeniem - mruknęła Susan.
- Nigdzie nie wracam - wykłócałą się z nią Natasha. - To tylko kabel...
- Nat... - jęknął Johnatan.
- Nerdzie, wszystko gra? - zapytałam.
Martwiłam się pomysłem o tym podłączeniu, jednak każde z nas wiedziało, jak istotną rolę odegra to w naszej akcji.
- Tak - chwila przerwy. - Jest, udało się! - mruknęła Natasha. - Wracam.
- My spotykamy się przy drzwiach. Zaraz wchodzimy - usłyszałam komendę.
- My już czekamy - zameldował Mike. - Luke, spokojnie.
Martwił się o powodzenie naszej akcji już od zaplanowania ataku na fabrykę. Nawet bardziej ode mnie.
Szłam w milczeniu, czekając na jakiś sygnał niepowodzenia. Nic.
Po chwili wszyscy zebraliśmy się przed wejściem.
- Wchodzimy.
piątek, 3 maja 2013
Plany
- Nie zostanę w biurze! Sprawdziłam plan budynku. Znam jego rozkład na pamięć. Nie ma takiego dostępu do kamer, więc i tak nie mogę wam stąd pomóc.
Wszyscy byliśmy przeciwni wyjazdu Natashy z nami.
- Skoro znasz rozkład, a my będziemy mieć nadajniki, możesz nas kierować - zauważył słusznie Michael.
- Ale mogę równie dobrze przydać się na miejscu - spojrzała na mnie błagalnie.
Wiedziałam, że chce pomóc w tej misji, chce udowodnić, że nadaje się też do misji, a nie tylko do bezpiecznego siedzenia w biurze.
Rozumiałam ją, ponieważ zawsze czułam to samo. I chciała mi pomóc. Ale nie miała doświadczenia...
- Nie obchodzi mnie nic, nie zostaję tu! Jadę z wami, nie obchodzi mnie, czy się zgadzasz Johnatan. Co, wylejesz mnie? Nie znajdziesz takiego hakera jak ja.
Szef westchnął głęboko.
- Tu już nie chodzi o jak największy udział w akcji. Wszyscy razem świetnie sobie radzimy. Musisz doprowadzić nas do ludzi z dala od ochrony. Z naszych informacji wynika, że do ochrony mają po dwóch ludzi od każdej strony budynku. Więc w środku powinno ich być siedmioro. Samych strażników.
- Posłuchajcie mojego planu! - poprosiła. - Zanim wejdziecie, dacie mi... Pięć minut. I oczyścicie budynek od zachodu - wskazał kierunek na mapie leżącej przed nami. - W tym korytarzu, zaraz od wejścia jest główna kamera. Jeśli podłączę do niej mój telefon, natychmiast zhakuje mi cały monitoring. W samochodzie zostawię sprzęt i będę was kierować.
Do wszystkich coraz bardziej docierało rozumowanie dziewczyny. Jednak Luke miał wątpliwości.
- A jeśli ci się nie uda? Jeśli zrobiłby to ktoś z nas...
- Nie, Natasha ma rację - odezwała się Susan.- Ja, Johnatan, Luke, Michael i Alex... Jest nas pięcioro. Jeśli każdy weźmie po dwóch strażników budynku, zostaje jedno z nas. Jak poradzi sobie z podłączeniem telefonu i martwieniem się o strażników wewnątrz? Ktoś musi go osłaniać.
- Poradziłbym sobie... - mruknął Luke.
- Zrobimy tak; Michael, ty zajmiesz się wschodem budynku. Alex-północne wejście. Luke od południa, a Susan osłania Natashę. Ja oczyszczę wam zachód. Później Natasha wraca do sprzętu i nas kieruje, a my wchodzimy i uwalniamy ludzi.
Wszyscy byliśmy przeciwni wyjazdu Natashy z nami.
- Skoro znasz rozkład, a my będziemy mieć nadajniki, możesz nas kierować - zauważył słusznie Michael.
- Ale mogę równie dobrze przydać się na miejscu - spojrzała na mnie błagalnie.
Wiedziałam, że chce pomóc w tej misji, chce udowodnić, że nadaje się też do misji, a nie tylko do bezpiecznego siedzenia w biurze.
Rozumiałam ją, ponieważ zawsze czułam to samo. I chciała mi pomóc. Ale nie miała doświadczenia...
- Nie obchodzi mnie nic, nie zostaję tu! Jadę z wami, nie obchodzi mnie, czy się zgadzasz Johnatan. Co, wylejesz mnie? Nie znajdziesz takiego hakera jak ja.
Szef westchnął głęboko.
- Tu już nie chodzi o jak największy udział w akcji. Wszyscy razem świetnie sobie radzimy. Musisz doprowadzić nas do ludzi z dala od ochrony. Z naszych informacji wynika, że do ochrony mają po dwóch ludzi od każdej strony budynku. Więc w środku powinno ich być siedmioro. Samych strażników.
- Posłuchajcie mojego planu! - poprosiła. - Zanim wejdziecie, dacie mi... Pięć minut. I oczyścicie budynek od zachodu - wskazał kierunek na mapie leżącej przed nami. - W tym korytarzu, zaraz od wejścia jest główna kamera. Jeśli podłączę do niej mój telefon, natychmiast zhakuje mi cały monitoring. W samochodzie zostawię sprzęt i będę was kierować.
Do wszystkich coraz bardziej docierało rozumowanie dziewczyny. Jednak Luke miał wątpliwości.
- A jeśli ci się nie uda? Jeśli zrobiłby to ktoś z nas...
- Nie, Natasha ma rację - odezwała się Susan.- Ja, Johnatan, Luke, Michael i Alex... Jest nas pięcioro. Jeśli każdy weźmie po dwóch strażników budynku, zostaje jedno z nas. Jak poradzi sobie z podłączeniem telefonu i martwieniem się o strażników wewnątrz? Ktoś musi go osłaniać.
- Poradziłbym sobie... - mruknął Luke.
- Zrobimy tak; Michael, ty zajmiesz się wschodem budynku. Alex-północne wejście. Luke od południa, a Susan osłania Natashę. Ja oczyszczę wam zachód. Później Natasha wraca do sprzętu i nas kieruje, a my wchodzimy i uwalniamy ludzi.
czwartek, 2 maja 2013
Komplikacje
- Co podać? - zapytał kelner.
- Ja poproszę kawę - odparł Luke. - Alexandro?
- Wodę.
- Musisz coś zjeść - nakazał chłopak.
Pokręciłam głową.
- Wodę, kawę i dwa ciasta - złożył zamówienie.
Musiał zawsze stawiać na swoim? Trochę mnie to denerwowało.
Ale przestałam o tym myśleć, gdy w drzwiach kawiarni zobaczyłam Sonyę. I, niestety, ona też mnie zauważyła.
Na początku wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, a następnie podeszła szybkim krokiem do stolika.
- Ty tutaj? Myślałam... - zabrakło jej słów.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ale byłam coś winna przyjaciółce.
- Wytłumaczę ci to...
- To, jakim cudem przewlekle chora siedzisz z jakimś chłopakiem w kawiarni? Chyba musisz się postarać - skrzyżowała ręce na piersi, czekając na wyjaśnienia, jednak po jej minie widziałam, że najchętniej dałaby mi w twarz i sobie poszła.
- Nie tutaj. Jedźmy do mnie.
- Słucham. Wiem, że coś ukrywasz. Dostałaś się do biura i jedyne okoliczności, w jakich cię widuję to gdy ranna wracasz ze szpitala. Mówiłam ci już, co myślę o tym biurze...
- Ja też ci coś mówiłam - przerwałam jej.
- Mogę ci wierzyć? Czy pomieszali ci w głowie? Jak mogłaś mnie okłamywać?!
Luke położył mi dłoń na ramieniu i zwrócił się do Sonyi:
- Daj jej spokój. Robi, co uważa za słuszne...
- Nie, powiem prawdę, należy jej się. Moja rodzina została zabita, a mnie im się dorwać nie udało. Damon, znając prawdę zagwarantował mi bezpieczeństwo, ale gdy dowiedziałam się wszystkiego ja zagrażałam tym ludziom. Jakim? Handlarzom żywym towarem, przeciw którym mamy akcję. Porwali Susan i właśnie podczas ratowania jej dostałam się z powrotem do szpitala. Teraz zamierzam zemścić się na zabójcy rodziny i uwolnić porwanych ludzi! A wiesz, dlaczego wszystkiego ci nie powiedziałam? - zrobiłam chwilę przerwy. - Bo każdy, kto dowie się prawdy, jest zagrożony. Jak ja, Damon, Susan i inni z biura, bo prowadzą tą sprawę.
- Alex... - zaczęła przepraszająco.
- Tak, mogłam powiedzieć prawdę, ale już wiele ludzi naraziłam. Chcesz być następna?!
- Nie wiem co powiedzieć...
- To lepiej daj sobie spokój, póki nie jesteś narażona.
Obserwowałam ją przez chwilę. Jej twarz wyrażała szok i zdziwienie.
- Ja poproszę kawę - odparł Luke. - Alexandro?
- Wodę.
- Musisz coś zjeść - nakazał chłopak.
Pokręciłam głową.
- Wodę, kawę i dwa ciasta - złożył zamówienie.
Musiał zawsze stawiać na swoim? Trochę mnie to denerwowało.
Ale przestałam o tym myśleć, gdy w drzwiach kawiarni zobaczyłam Sonyę. I, niestety, ona też mnie zauważyła.
Na początku wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, a następnie podeszła szybkim krokiem do stolika.
- Ty tutaj? Myślałam... - zabrakło jej słów.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ale byłam coś winna przyjaciółce.
- Wytłumaczę ci to...
- To, jakim cudem przewlekle chora siedzisz z jakimś chłopakiem w kawiarni? Chyba musisz się postarać - skrzyżowała ręce na piersi, czekając na wyjaśnienia, jednak po jej minie widziałam, że najchętniej dałaby mi w twarz i sobie poszła.
- Nie tutaj. Jedźmy do mnie.
- Słucham. Wiem, że coś ukrywasz. Dostałaś się do biura i jedyne okoliczności, w jakich cię widuję to gdy ranna wracasz ze szpitala. Mówiłam ci już, co myślę o tym biurze...
- Ja też ci coś mówiłam - przerwałam jej.
- Mogę ci wierzyć? Czy pomieszali ci w głowie? Jak mogłaś mnie okłamywać?!
Luke położył mi dłoń na ramieniu i zwrócił się do Sonyi:
- Daj jej spokój. Robi, co uważa za słuszne...
- Nie, powiem prawdę, należy jej się. Moja rodzina została zabita, a mnie im się dorwać nie udało. Damon, znając prawdę zagwarantował mi bezpieczeństwo, ale gdy dowiedziałam się wszystkiego ja zagrażałam tym ludziom. Jakim? Handlarzom żywym towarem, przeciw którym mamy akcję. Porwali Susan i właśnie podczas ratowania jej dostałam się z powrotem do szpitala. Teraz zamierzam zemścić się na zabójcy rodziny i uwolnić porwanych ludzi! A wiesz, dlaczego wszystkiego ci nie powiedziałam? - zrobiłam chwilę przerwy. - Bo każdy, kto dowie się prawdy, jest zagrożony. Jak ja, Damon, Susan i inni z biura, bo prowadzą tą sprawę.
- Alex... - zaczęła przepraszająco.
- Tak, mogłam powiedzieć prawdę, ale już wiele ludzi naraziłam. Chcesz być następna?!
- Nie wiem co powiedzieć...
- To lepiej daj sobie spokój, póki nie jesteś narażona.
Obserwowałam ją przez chwilę. Jej twarz wyrażała szok i zdziwienie.
środa, 1 maja 2013
Zaufanie
Po jakimś czasie Natasha wyszła z gabinetu szefa.
- Jedź do domu. Mikey i Johnatan właśnie lokalizują miejsce i chcą sprawdzić najpierw wszystkie linie obrony.
- Mogę zostać, pomóc... - namawiałam.
Pokręciła przecząco głową.
- Prawdopodobnie spotkamy tam Olivera. Musimy się przygotować - oznajmiła.
- My? Ty się Nerdzie nigdzie nie wybierasz. Jesteś potrzebna tu. To niebezpieczne - ostrzegałam, chcąc trzymać ją z dala od akcji.
Zamierzałam zrobić wszystko sama. Nie będę nikogo narażać.
Nie chcę pomocy od Michaela, Luka, Natashy, Johnatana, Susan... Od nikogo.
Właśnie dlatego musiałam zachowywać tajemnice przed Sonyą. Udawałam chorobę, bo na pewno wyczułaby mój zły nastrój i dowiedziała się, co za nim stoi.
Oliver zabił moich rodziców, usiłował zabić mnie i byłam pewna, że nie zawaha się skrzywdzić bliskich mi osób. Damon mógł bronić siebie i rodzinny, ale Sonya, Natasha, Luke, Mike...
Więc są dwie misje - moja; zemsta na zabójcy rodziny i uwolnienie niewinnych ludzi.
Muszę też chronić niewinnych ludzi, takich jak znajomi z biura. Dlatego muszę sama zająć się Oliverem, co na pewno będzie trudne.
- Alex - przerwał moje rozmyślania głos Luka - nie idziesz?
- Już, już... Zamyśliłam się.
- Tak - uśmiechnął się słabo. - Za dużo się martwisz, wszystko pójdzie dobrze.
Tyle, że martwię się podwójnie. Ale na razie nie dowiesz się dlaczego - dodałam w myślach.
- I powinnaś się wyluzować. Zabieram cię na spacer i obiad - widząc moją niepewną minę, dodał: - Nie ma odmowy. No już, zbieraj się.
- Jedź do domu. Mikey i Johnatan właśnie lokalizują miejsce i chcą sprawdzić najpierw wszystkie linie obrony.
- Mogę zostać, pomóc... - namawiałam.
Pokręciła przecząco głową.
- Prawdopodobnie spotkamy tam Olivera. Musimy się przygotować - oznajmiła.
- My? Ty się Nerdzie nigdzie nie wybierasz. Jesteś potrzebna tu. To niebezpieczne - ostrzegałam, chcąc trzymać ją z dala od akcji.
Zamierzałam zrobić wszystko sama. Nie będę nikogo narażać.
Nie chcę pomocy od Michaela, Luka, Natashy, Johnatana, Susan... Od nikogo.
Właśnie dlatego musiałam zachowywać tajemnice przed Sonyą. Udawałam chorobę, bo na pewno wyczułaby mój zły nastrój i dowiedziała się, co za nim stoi.
Oliver zabił moich rodziców, usiłował zabić mnie i byłam pewna, że nie zawaha się skrzywdzić bliskich mi osób. Damon mógł bronić siebie i rodzinny, ale Sonya, Natasha, Luke, Mike...
Więc są dwie misje - moja; zemsta na zabójcy rodziny i uwolnienie niewinnych ludzi.
Muszę też chronić niewinnych ludzi, takich jak znajomi z biura. Dlatego muszę sama zająć się Oliverem, co na pewno będzie trudne.
- Alex - przerwał moje rozmyślania głos Luka - nie idziesz?
- Już, już... Zamyśliłam się.
- Tak - uśmiechnął się słabo. - Za dużo się martwisz, wszystko pójdzie dobrze.
Tyle, że martwię się podwójnie. Ale na razie nie dowiesz się dlaczego - dodałam w myślach.
- I powinnaś się wyluzować. Zabieram cię na spacer i obiad - widząc moją niepewną minę, dodał: - Nie ma odmowy. No już, zbieraj się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)