środa, 5 czerwca 2013

Ranny

Siedziałam na fotelu obok łóżka Michaela. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, co stało się tydzień temu.
Tydzień. Bo tyle Mike leżał już w śpiączce. Byliśmy wszyscy coraz bardziej zdenerwowani.
- To musi trochę potrwać. Kula przeszła obok serca, cudem je omijając, ale uszkadzając po drodze wszystkie narządy. Pani przyjaciel to silny mężczyzna, walczy. Ledwo uszedł z życiem i myślę, że jakieś szanse istnieją. Ale nie mogę nic obiecać - tylko tyle usłyszałam od lekarza.
"Nie mogę nic obiecać...". I właśnie to, do cholery, mnie dobija! Bo to nie on powinien teraz leżeć w śpiączce i walczyć o życie! To powinnam być ja!
Głupi bohater, przeze mnie teraz umierał...
"Walczy...". Ale jak długo? I o co?
O mnie? Nie warto.
O Nicole i moją matkę? To nie jego sprawa, po co się do cholery przejmował?!
O Sonyę? I tak uciekła. Śmierć  matki, uwięzienie ojca... To dla niej za dużo.
Walczył o te wszystkie sprawy, jedna po drugiej. Pomagał każdemu, ale w jego walce nikt nie może mu pomóc. A stawką jest życie.
Ukryłam twarz w dłoniach i po prostu się rozpłakałam.

- Mam powiedzieć jeszcze wolniej, żebyś zrozumiała? - zapytała Natasha. - Czy inaczej sformuować? Wiem, krzyk załatwi sprawę. W takim razie: CHODŹ COŚ ZJEŚĆ!
- W szpitalu nie wolno krzyczeć - upomniałam ją, próbując zbyć.
- No coś ty? Serio? A teraz odejdź od Mike'a i idziemy do stołówki. Siedzisz tu przez dwa tygodnie, dzień w dzień! Johnatan zostanie z nim  - wskazałą na Michaela. Śpiącego Michaela.
Dwa tygodnie. Moja wina, wszystko przeze mnie.
- Kochanie, przecież nic się nie stanie jak stąd wyjdziesz. Wrócimy i Michael nadal tu będzie. Lekarze mówią, że jest coraz lepiej.
Tyle, że oni mówią co chcą. Mówili, że nie przeżyje pierwszych 48 godzin. Mówili, że po udanych operacjach będzie już tylko lepiej. Ale nie ma poprawy.
Pokręciłam głową.
- Nie możesz tu siedzieć, masz normalne życie. Matkę, Nicole... Odwiedź je!
- To ja powinnam tu być - szepnęłam.
- Nie, Johnatan tu też jest, wyszedł na chwilę. Zaraz wróci, zostanie z Michaelem...
Znowu pokręciłam głową. Nie rozumiała. To ja powinnam być na miejscu Michaela!
- Evelyn się o ciebie martwi. Od akcji byłaś u niej tylko dwa razy, resztę czasu spędzasz w szpitalu - zaczęła z innej beczki. - Pojedź do niej. Porozmawiaj z nią. Alex, wszystko będzie dobrze. Nie możesz się załamać. Dla Michaela.
Dałam zaprowadzić się na obiad, do domu matki...

Telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Johnatan.
- Co się...?
- Michael się obudził - usłyszałam w słuchawce.
Michael.
- Już jadę.
Szybko wyzbierałam się i wsiadłam do samochodu. Michael. Jechałąm szybko, modląc się, by nie natknąć się na żaden radiowóz. Nie potrzebowałam kłopotów.
Z piskiem opon zatrzymałam się przed szpitalem. Od razu skierowałam się do sali Michaela.
Przed drzwiami stała Susan.
- Co z nim?
- Wybudził się godzinę temu. Nie chcieliśmy cię budzić, ale pomyślałam...
Uściskałam ją.
- Dzięki.
Z sali wyszedł Johnatan. Spojrzałam na niego uważnie.
- No co? Nie patrz tak na mnie. Idź do niego - zaśmiał się Johnatan.
Widocznie poprawa u Mike'a poprawiła mu humor. Powoli otworzyłam drzwi i weszłam do sali.
- Więc co? Umówisz się wreszcie ze mną?
Michael. Co on gada?! Wylądował w śpiączce, przeze mnie, obudził się i gada takie głupoty? Pożałuje.
- Ty idioto! Jak śmiałeś?! - wydarłam się.
Patrzał na mnie rozbawiony i z politowaniem.
- Uważasz to za śmieszne?! Mogłeś zginąć! Umierałeś! Na moich oczach! I po co?! Jesteś skończonym kretynem... - zabrakło mi słów.
- I czego się drzesz? - zaśmiał się.
No tak, temu to humor dopisywał. Mimo rany, bólu, podłączenia do różnych maszyn, kroplówek, po tylu operacjach...
Środki przeciwbólowe.
- Wiem, jesteś naćpany - to było jedyne wytłumaczenie.
- Nie jestem - parsknął.
- Więc jak możesz coś takiego mówić? - zapytałam retorycznie. - Jesteś debilem.
- Och, daj spokój. Jestem wszystkiego świadomy - zirytował się.
Podniósł się na łokciach i sięgnął do kroplówki na nadgarstku. Chciał ją zerwać. Momentalnie znalazłam się obok niego.
- Ani mi się waż! Mało ci bólu? - złapałam jego ręce w swoje dłonie.
Pocałował mnie. Oddałam pocałunek.
- Nienawidzę cię - szepnęłam. - Za to, że jesteś nieodpowiedzialny, lekkomyślny...- płakałam. - Za to, że jesteś odważny, że zostałeś ranny, że chciałeś mnie ochronić... Że tak się o ciebie martwiłam. Za to, że cię kocham.
Zaśmiał się cicho i jeszcze raz pocałował. Spróbował usiąść i syknął z bólu.
- Idę po lekarza.
- NIE!!!

1 komentarz: