Siedziałam przed wielkim lustrem w mojej garderobie i przyglądałam się swojemu odbiciu. Bo zaraz (za dwie godziny) miał przyjechać po mnie Michael.
Michael... Ten skurczybyk! Bo w szantażu zgodziłam się na randkę z nim. No ale cóż, nie powiem, że się nie cieszę. W końcu klamka zapadła, oboje wiemy, co czuje drugie...
Tyle, że nie wiem, gdzie jedziemy. A znając Mike'a, prędzej umrę z ciekawości niż się dowiem. A kiedy się dowiem, może być za późno. Bo gdy się zgodziłam, znowu na jego twarz powrócił uśmiech w stylu "knuję coś niedobrego".
No, ale nie mogę siedzieć w szlafroku przed lustrem. Ale co założyć? Sukienkę? Eee...
- Dasz radę - mruknęłam. - Zmagasz się z zabójcami, nosisz przy pasku broń, a boisz się głupiej randki...
Nie jest dobrze. Gadałam sama do siebie. Jestem świrem, a przynajmniej to pierwsze objawy paranoi.
A teraz wybór: psychiatra, czy Michael?
Doskonale wiedziałam, do kogo mi spieszno.
Westchnęłam głęboko. W samym krańcu szafy leżała prześliczna sukienka. Fioletowa, do kolan, z lekkim wycięciem i z lekkiego materiału, z marszczeniami. Kiedy wszystko nie było tak skomplikowane, Sonya kazała mi ją kupić, ale nie założyłam jej ani razu.
Wyjęłam ją z szafy i odstawiłam. Rozpuściłam włosy, które po prysznicu zaplotłam w dwa cienkie kłosy. Zdązyły wyschnąć i tera opadały na ramiona w lekkich falach. Postanowiłam ich nie spinać.
Teraz makijaż. Użyłąm srebra i fioletu do oczu oraz czarnego tuszu do rzęs. Czerwona szminka i to wszystko. Różu na twarz nie trzeba mi było - i tak byłam całą czerwona. Założyłam też sukienkę.
Kobieta, która stanęła przed lustrem nie była mną. Ja tak nie wyglądam. To była raczej modelka... Ale czegoś brakowało.
Biżuteria! Założyłam na uszy kolczyki w kształcie kółek, z których na łańcuszkach spływały czarne łezki. Do tego naszyjnik z zawieszką w kształcie serca i liczne, czarne, cienkie bransoletki.
Michael powinien być lada chwila, więc założyłam czarne szpileczki i wzięłam małą torebkę. Ruszyłam do salonu...
- Wiedziałem, że będziesz się stroić - usłyszałam, gdy otworzyłąm drzwi od garderoby.
W pierwszym odruchu zaczęłam krzyczeć, więc Michael złapał mnie i przyłożył mi palec do ust.
- Cicho!
- Jak dostałeś się do mojego domu?! - krzyknęłam.
Chyba nie byłam aż tak zamyślona, by nie usłyszeć wyważania drzwi. Bo byłam prawie pewna, że je zamknęłam.
- Drzwiami - zaśmiał się. - Nie powiem, różnie reaguje się na mój widok, ale nigdy krzykiem...
Parsknęłam śmiechem, uświadamiając sobie jak komicznie to musiało wyglądać.
- A jak na ciebie reagują? - zapytałam.
- Czyżbyś była zazdrosna? - zakpił.
- Nie, skąd - nagle znowu przypomniałam sobie dręczące mnie pytanie. - Jak tu wszedłeś? Długo tu jesteś?
- Od kilku minut. Ma się te zdolności to się wejdzie wszędzie - mruknął, pokazując mi pozginany drut. - Ale przyszedłem niedawno, też musiałem się odstawić na bóstwo - mrugnął do mnie. - Jesteś śliczna.
Dopiero po tej wzmiance zwróciłam uwagę na jego wygląd. Ciemne jeansy, biała koszula i skórzana kurtka z pewnością dodawały mu uroku. Przeszkadzał tylko bandaż widoczny zza kołnieżyka koszuli.
- Czy nie powinno się mówić "ładnie dziś wyglądasz"?
- Nie, bo to byłoby kłamstwo. Powiedziałem "jesteś śliczna", bo ty zawsze jesteś śliczna.
- A ty śliczny i zaślepiony - zaśmiałam się.
Korzystając z tego, że trzyma mnie w ramionach, pocałował mnie namiętnie.
- Ach, kiężniczko, chodźmy już - uśmiechnął się zwiadiacko. - Bo nie zdążymy ze wszystkim.
Zaprowadził mnie do samochodu, otworzył przede mną drzwi...
- Moge się dowiedzieć gdzie jedziemy? - zapytałam coraz bardziej zirytowana.
- Nie, bo to bardziej cię zdenerwuje - uśmiechnął się.
- A dlaczego chcesz mnie denerwować...?
- Bo to cię motywuje - uśmiechnął się. - Ta-damm!
Nie. Dojechaliśmy na miejsce, czy Michael robi sobie żarty? Wesołe miasteczko?!
- Chory jesteś?!
- Och, no dawaj. To dopiero początek - zaśmiał się cicho.
Niech się cieszy, że jest o wiele silniejszy ode mnie, bo na siłę wyciągnął mnie z auta.
- Poddajesz się? Myślałem, że zrobisz dla mnie wszystko - i spojrzał na mnie tymi swoimi "smutnymi" oczami...
Koniec. Wiedział, że zrobię co tylko chce. Zadowolony, że dopiął swego, wziął mnie w ramiona, pocałował i wprowadził w piekło pełne karuzel, pluszowych misiów, straganów...
- Strzelnica. Chyba lubisz rywalizację? Albo nie, bo na pewno przegrasz...
- Nie bądź tego taki pewny, kotku - powiedziałam.
Ucieszył się z poprawy mojego humoru.
Podszedł do straganu ze strzelnicą i poprosił o strzelbę i naboje. Na trzy strzały oddał dwa w środek tarczy i jeden w linię otaczającą środek. Od razu wygrał zabawkę.
Podszedł do mnie i wręczył mi metrową maskotkę.
- Miś dla mojego misia - pocałował mnie. - Pobijesz to? - uśmiechnął się szelmowsko.
Oddałam mu maskotkę i poprosiłam o naboje. Pierwszy strzał; idealnie w środek. Drugi; to samo. Trzeci... Gdy strzelałam, poczułam, że Michael mnie łaskocze. Nie trafiłam nawet w tarczę.
- Niech cię szlag trafi - mruknęłam, śmiejąc się.
- Wygrałem! Ha, ha! - cieszył się jak dziecko.
- Oszust! - krzyknęłam. - To nie fair! Oszukiwałeś!
- Nie określiłaś zasad! - facet od strzelnicy patrzyła na nas jak na wariatów. - Oszalałem z miłości - wyznał mu Michael.
Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem. Michael objął mnie ramieniem i odeszliśmy w stronę następnych atrakcji.
- Szczeniaki... - usłyszałam zrzędzliwy głos faceta. Zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej.
Następne były karuzele, gokardy, kolejka górska i dom strachów, w krórym uderzyłam zombie. No ale sam się prosił, wyskakując z wrzaskiem zza drzwi. Omal nie dostałam zawału, ale Michaela rozśmieszyłam do łez.
Po tym wszystkim zerknęłam na zegarek. 20 :11, przy czym przyjechaliśmy tu trzy godziny wcześniej.
- Chyba już jedziemy - powiedział, jakby czytając mi w myślach. - Czekają kolejne atrakcje.
Zaczęliśmy powoli kierować się w stronę wyjścia. Zaczęłam szybko biec.
- A co to ma być?! - krzyknął za mną.
- Rewanż!
Byłam już prawie przy wyjściu z wesołego miasteczka, Mike nigdy by nie nie dogonił, gdy nagle złamał mi się obcas i runęłam na ziemię. Całe szczęście, sukienka ocalała nawet bez jednej plamki.
Z torebki wyciągnęłam mój nieodłączny nóż sprężynowy i zabierałam się do udoskonalenia moich butów poprzez pozbycie się obcasów.
- Co robisz? - zapytał zdziwiony Michael.
- Naprawiam, kurde, buty - powiedziałam, zakładając buty i przypatrując się swojemu dziełu. - I właśnie dlatego zawsze noszę adidasy.
- Więc poświęciłaś się dla mnie? - zaśmiał się.
- Nieważne - mruknęłam. - Jedźmy już.
Przepraszam, że tak późno, ale dzisiejszy dzień to istna paranoja. Z deszczu pod rynnę. Zaczynam wierzyć, że ten świat to istny dom wariatów. Ale ja i tak rządzę! ;p
o mój Boże !
OdpowiedzUsuńczytałam ze łzami w oczach, ze śmiechu ; D
nie wierzę, że ten rozdział wyszedł spod twoich palców ;) aż się tak dziwnie czytało patrząc na wcześniejsze, niebezpieczne i zaskakujące rozdziały, ale to co tu napisałaś przebija wszystkie inne rozdziały
nadal nie mogę uwierzyć, że sama to napisałaś ; P
zaskoczyłaś mnie, pozytywnie ; )
czekam do poniedziałku ;)