czwartek, 18 lipca 2013

Dziki kwiat

- Au, cholerka, możesz mnie puścić? - zapytałam Michael'a, gdy ten zamknął mnie w ramionach.
Złapał mnie za ramiona i odsunął się o krok, by mi się przyjrzeć.
- Złamania? - zapytał.
- Brak.
- Zwichnięcia, obtarcia?
- Niee.
- Jakiekolwiek uszkodzenia?
- No... Nie.
- Siniaki?
- Michael! - wydarłam się i odepchnęłam chłopaka.
- Czyli kilka - wydedukował.
Weszłam szybko do busa, a Mike za mną.
- Alex, czy ty w ogóle wiesz...
- Nie, cicho! Tak, wiem, jestem nieodpowiedzialna, irytująca, nieposłuszna, głupia, pomylona, masz mnie dosyć i jesteś na mnie tak cholernie  wściekły, bo pimimo, że prosiłeś żebym nie robiła nic głupiego to przez moją chorą ambicję pakuję się w kłopoty i nie zdziwiłabym się, gdybyś miał dosyć mnie i tego, że nie szanuję twojego zdania i uważał mnie za mega nadętą, wredną sukę, więc teraz możesz się na mnie drzeć ile chcesz.
Zagryzłam wargę i przygotowałam się na wykład o mojej głupocie.
A tu... Nic. Cisza.
- Powiedz coś.
Dalej nic.
- Michael?
Spróbowałam go szturchnąć. Złapał mnie za rękę i przytrzymał. Dalej milczał.
- Cholera, mowę ci odjęło? Dobra, zachowałam się nieodpowiedzialnie i lekkomyślnie, ale to ty teraz dziecinnie milczysz. No, Mikey, proszę...
Zamknął mi usta namiętnym pocałunkiem. I chyba bardziej wolałam, by używał ust do całowania mnie, niż mówienia...
Po chwili oderwał się ode mnie, dysząc.
- Niech cię, dziewczyno...  Jesteś nieodpowiedzialna.
Pokiwałam twierdząco głową.
- I odważna, jak nikt, kogo znam.
- Ja znam kogoś lepszego. Ciebie.
Pokręcił głową.
- Ludzie... Ludzie się mylą. I ja też. Ale to przez to, że za bardzo cię kocham i boję się o ciebie.  Chciałem  cię zawsze trzymać przy sobie i chronić. Dalej chcę, bo jesteś dla mnie najważniejsza. Ale gdy zobaczyłem dziś ciebie... W akcji, szczęśliwą, gotową do walki i ciągle czujną zrozumiałem, że nie mogę cię zatrzymywać.  Zrozumiałem, że to właśnie w tym dzikim kwiecie się zakochałem. Rozkwitasz na moich oczach - pogładził mnie po policzku.
- Rozkwitam dzięki tobie.
- Nie. Ty... Jesteś sobą. Nie potrzebujesz nikogo, by żyć i pomagać żyć innym. Nie potrzebujesz mnie, nikogo innego...
- Potrzebuję cię najbardziej na świecie, bardziej od powietrza - zapewniałam, nie wiedząc, do czego zmierza wypowiedzią.
- Radziłaś sobie przez te wszystkie lata niemal sama. Oszukiwana przez  każdego wciąż dążyłaś do prawdy. Nigdy nie przestałaś wierzyć. I udało ci się.
- Dzięki wam. Dzięki tobie.
-  Dzięki temu co masz tutaj - dotknął mojej skroni - i tutaj - przeniósł dłoń na miejsce tuż nad sercem. - Ale ja zawszęe będę z boku, niewidzialny jak cień. Jak twój stróż.
- Jesteś moim aniołem - pocałowałam go.
Usłyszeliśmy szamotaninę i do auta weszła nasza rozwrzeszczana, patologiczna rodzina.  Którą mimo wszystko tworzyliśmy.
- Ej no, moglibyście sobie darować  to całe buzi buzi na naszych oczach? Byłoby dużo łatwiej, gdybyśmy nie musieli udawać, że nam to nie przeszkadza. Obściskujcie się gdzie indziej - powiedziała stanowczo Natasha.
- Gdzie ten palant? - zapytałam.
- A gdzieś się tam rzuca po tyle busa - zaśmiał się Owen.
Sean milczał i tylko pocierał rękę.
- Dziurę w niej wytrzesz - ostrzegł Mike. - Stary, co z tobą?
Owen parsknął śmiechem.
- Bezbłędny rycerz - wyszczerzył się.
- Chciałem potraktować tego dupka paralizatorem, bo jak go zakneblowaliśmy i skuliśmy to wyrwał mi przepaskę, zanim  założyłem mu ją na oczy. Ale że tak się rzucał, to włożyłem mu na głowę worek.
Uniosłam pytająco brew.
- A co ma do tego tarcie ręki?
- No bo jak go skuwałem, to mnie kopnął.
- W rękę? - zapytałam.
- W brzuch - parsknęła Natasha.
Dalej nie rozumiałam i tępo się w nich wpatrywałam, myśląc, że przegapiłam istotny szczegół.
- No i chciałem go paralizatorem potraktować. Ale trzymałem go nie tą stroną i to mnie prąd pokopał.
- Sparaliżowało go na kilka minut - Nat dalej się śmiała.
- Stary, taki mięczak z ciebie? To przecież niskie napięcie.
- Ale jak mi rękę poprądziło, to mi się skurcz w ręce zrobił i nie mogłem puścić tego paralizatora. I ja tak go trzymam, a to mnie tym prądem telepie i ja tego wypuścić z rąk nie mogę - wytłumaczył Sean.
- Dopiero my musieliśmy mu to z tej ręki wyrwać - zaśmiała się Nat.
- Ale był ubaw - dodał Owen.
- Jak dla kogo - Sean dalej był oburzony.

Siemka kochani!
Od razu przepraszam za to nieregularne dodawanie rozdziałów, ale nie mam czasu. Moja skarbonka świeci pustkami i biorę się do roboty, wakacje są od zarabiania przecież!
Więc nie wiem, czy rozdziały będą systematycznie, ale prawdopodobnie dodam w poniedziałek.
Pa ;***
Asia, udało mi się ciebie zaskoczyć? :P

1 komentarz:

  1. oj tak ; D
    mój ulubiony moment to końcówka i ten nasz nieostrożny Owen, kochany ; D
    o systematyczność się nie martw, wiem o co chodzi, bo mam to samo co ty ; P
    jak dodasz rozdział to i tak przeczytam i skomentuje więc dodawaj kiedy chcesz ; **

    OdpowiedzUsuń