poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Początek

- Jeszcze raz, tylko mocniej! - krzyknąl na mnie James.
Z całej siły uderzyłam w worek bokserski. Miałam już dość, po dwóch godzinach treningu...
- Jeszcze raz! - znów krzyknąl.
- Wystarczy - stwierdziłam, odchodząc i ściągając rękawice.
James popatrzał na mnie krzywo. Od ostatniego czasu, chciał, abym jak najwięcej ćwiczyła. Chciał wysłać mnie na zawody, po tym jak znokautowałam pewną dziewczynę. No cóż, sama się prosiła. Durna lala, zaczęla gadać o mojej siostrze... Za to James był wniebowzięty.
- Mówiłam Ci, nie chcę brać udziału w walkach. Mam już to, czego chciałam.
- Ale takie umiejętności... Nie możesz tego tak zostawić! - wyglądał na oburzonego.
Kiedyś też walczył. Był najlepszy, wygrywał wszystkie walki... Ale jedną przegrał. James ukończył walkę z połamaną w kilku miejscach ręką. Od tej pory nie walczy, a trenuje innych.
- Mogę. Mam to, czego chcę - powtórzyłam.
- Praca nie wyklucza treningów i walk  - wypomniał mi, pewnie mając mi za złe to, że nie chcę walczyć.
- Wiem. Ale to nie wszystko. James... Czy ty wiesz coś o mojej rodzinie? - wypaliłam. On znał mnie od dziecka, znał też Blacków. Może... Może on mi coś powie?
Bo ostatnio słyszałam rozmowę Livi i Damona, bogaczy opływających w luksusach, na których byłam skazana. Byli moimi rodzicami zastępczymi, ale w ich domu nigdy nie było miejsca dla mnie. Po co to zrobili? Po co mnie adoptowali?
Nigdy się nie dowiedziałam. Ale podsłuchałam ich rozmowę. Krzyczeli coś do siebie, że nie mogę się dowiedzieć. Że ma to być ukryte. Coś... O mojej matce.
- Nie wiem - zaczął niepewnie. James był dla mnie jak ojciec, nie umiał mnie okłamać. - Wiem, że jesteś adoptowana, twoi rodzice zginęli... - gdy mówił, cały czas obserwował moją minę. Nawet nie skrzywiłam się na wzmiankę o śmierci rodziców.
Tą wersję znałam od dziecka - wypadek samochodowy. Ojciec, mama i trzy miesięczna siostrzyczka zginęli... Ale Damon mówił o mojej mamie... Jak to możliwe?
- Dlaczego mnie o to pytasz? - zapytał James po jakimś czasie.
- Sama nie wiem - wzruszyłam ramionami i zabrałam się do zbierania rzeczy. - Do zobaczenia - krzyknęłam przez ramię i ruszyłam w stronę wyjścia.

Znowu to dziwne uczucie, że ktoś mnie śledzi. Obróciłam się. Nikogo za mną nie było.
Szłam dalej, gdy uszłyszałam ciche kroki. Nie byłam sama. Zatrzymawszy się, obejrzałam całą drogę. Podeszłam do minionego skrzyżowania i nie zdążyłam  nawet krzyknąć, kiedy mężczyzna wbił mi nóż w ramię.
Syknęlam z bólu. Mężczyzna rzucił się na mnie, lecz po kilku ciosach udało mi się uwolnić.
Próbowałam się podniećś, ale ból w ręce był ogromny, ledwie trzeźwo myślałam.
Nagle usłyszałam strzał. Mężczyzna uciekł, zaklinając głośno.
- Nic ci nie jest? - zapytał nowo przybyły, młody chłopak.
- Nie wiem - wskazałam moje ramię. - Kto to był?
- Nie umiem ci odpowiedzieć. Jak się nazywasz?Musimy jechać do szpitala.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz