Szybko spojrzałam w tamtą stronę...
Luke.
- Już się martwiłam, nie odpowiadałeś Natashy... - zaczęłam.
Podszedł do mnie i wyciągnął mi słuchawkę z ucha.
- Luke, co ty robisz? - zapytałam zdezorientowana.
- Spokojnie - mruknął. - Odejdź od niej - nakazał, wskazując na moją matkę.
- Musimy jej pomóc, co ty mówisz? Wszystko w porządku? Ni c z tego nie rozumiem...
Odepchnął mnie i wyciągając pistolet, przyłożył go do skroni matki. Zerwałam się i ruszyłam w ich stronę.
- Nie podchodź - ostrzegł spokojnie, odciągając Evelyn na bok.
- Opuść to! Co się z tobą dzieje...? - byłam rozdarta. Tak bardzo chciałam pomóc mamie, ale Luke...
Jego mina, byłam pewna, że może strzelić. To nie była mina mojego Luka. Tylko szaleńca.
- Rzuć broń! Już, pistolet na ziemię! - krzyczał.
Posłusznie posłożyłam pistolet na ziemi, cały czas go obserwując.
- Nóż. W bucie - przypomniał.
- Luke... - i zrobiłam błąd. Krok do przodu.
Uderzył matkę. Nie mogłam tego wytrzymać. To nie był chłopak, którego znałam. To niemożliwe...
- Puść ją do cholery! - krzyknęłam, łzy ciekły mi po policzkach.
Westchnął i pokręcił głową, cały czas obserwując moją twarz.
- Dlaczego jesteś taką idiotką? - wymawiał powoli każde słowo, każde raniło mnie jak nóż. - Rób co każę, albo ona zginie. Nie żartuję, przecież wiesz. Znasz mnie.
Ostatnie dwa słowa wbiły się w moje serce.
- Tak myślałam - powiedziałam zimno, cały czas obserwując pistolet przy skroni matki. - Czego chcesz?
- To bardzo proste. Waszej śmierci - jego spokojny i lekko zmieniony ton głosu, zupełnie niepasujący do zabójcy miał mnie chyba zmylić.
- Nie uda ci się to. Zostaw je! - usłyszałąm Michaela tuż za sobą. Ale nie chciałam odwrócić wzroku od Luka, więc uparcie wpatrywałam się w niego.
Usłyszałam ładowanie pistoletu.
- Och, mamy i naszego bohatera! Zginiesz następny - słodko się uśmiechnął.
- Luke, co ty robisz? Nie widzisz swoich działań? Jesteśmy jak bracia... - mówił Michael, spokojnym tonem policyjnego negocjatora.
- Nigdy! Zawsze najlepszy, święty Mikey! - krzyczał, tracąc panowanie nad spokojnym głosem i twarzą pokerzysty. - Wiesz kto jestmoją prawdziwą rodziną?! Włąśnie oni. Dali mi wszystko...
- Karton i działkę?! - wydarł się Michael.
- Wszystko! Całe życie! - krzyczał, zaciskając coraz mocniej drżące ręce na pistolecie.
- Po co to robisz? - zapytałam głosem zdławionym łzami.
Ale nie takiej odpowiedzi się spodziewałam.
- Dla ciebie, skarbie. Ten cały show jest właśnie dla ciebie - Michael chciał coś powidzieć, ale uciszyłam go machnięciem ręki. - Nie przeszkodzisz nam.
Już wiedziałam. Cała układanka...
- Jesteś zdrajcą! - krzyknęłam.
- Wreszcie się domyśliłaś! - pochwalił. - Evie... - wypowiedział zdrobnienie mojej matki. Wzdrygnęłam się.- Musieliśmy ją mieć. Jedyna znająca kontakty, zbyty, wszystkie zabezpieczenia, kody firmy... I nasz gość główny! - wskazał na mnie. - Nie przeszkodzisz nam! Nigdy!
I wtedy Michael wystrzelił. Luke padł na ziemię.
Wzięłam matkę pod ramię, Michael mi pomógł i razem wyszliśmy na główny korytarz.
Prosto w piekło.
ale zaje*isty !!!
OdpowiedzUsuńLuke kaput, a to ci świnia, a już go zdążyłam polubić, gnojek
znalazła swoją matkę ! supcio
pytanie brzmi o co chodzi z "prosto w piekło" ?
znowu ktoś ucierpi ?
każesz mi czekać do poniedziałku !
to niesprawiedliwe ; D
nie no, jest gites, napięcie rośnie ^^