poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Rozdział szóśty

Obróciłam się i zobaczyłam stojącą do mnie przodem szefową.
- My ją oprowadzimy - zaoferował się daniel.
Emma pokręciła głową.
- Zamęczycie ją - stwierdziła. - Do pracy, ale już. Dominica potrzebuje pomocy z komputerami, Adam. Daniel, nadal liczę na te akta o naszym celu..
Chłopcy rozeszli się, a Szefowa zaciągnęła mnie do pomieszczenia pełnego broni. Zdumiona, przejechałam ręką po półkach z nożami, karabinami i różnego rodzaju inną bronią.
- Dużo tego - stwierdziłam.
- Zbrojownia. To jest moja działka. Przy drzwiach jest alarm. Odblokowuje się je dotykając czujnika, który weryfikuje kim jesteś na podstawie odcisków palców. Więc je od Ciebie pobierzemy - mruknęła. - Ale to później, jutro podczas badań.
Zdziwiłam się na wzmiankę o badaniach, ale w sumie to nie było zbyt dziwne. W końcu potrzebowali wiedzieć, w jakim stanie fizycznym i zdrowotnym są ich pracownicy...
Wyszliśmy, a Emma zablokowała drzwi.
Następnie poprowadziła mnie w stronę małego korytarzyka z drzwiami po obu stronach. Po prawej stronie na drzwiach była tabliczka 'Szefowa - Emma Ovechkin', więc domyśliłam się, że to jej gabinet, a po drugiej stronie były nieoznaczone drzwi.
Kobieta otworzyła je, prowadząc mnie do sali pełnej komputerów, w której zastaliśmy Adama i młodą dziewczynę.
- To jest nasza pracownia informatyczna i centrala - wyjaśniła Emma. - A to Dominica Leander, nasz geniusz komputerowy, szkolony w przyśpieszonym kursie przez MI6.
- Witamy w zespole - uśmiechnęła się do mnie.
Była bardzo młoda, więc zdziwiło mnie, że już jest w tak dużej i znaczącej jednostce, a do tego jako główny informatyk, więc zastanawiałam się..
- Zastanawiasz się, co ja tu robię? - odgadła. - Długa historia. Może kiedyś Ci opowiem - mruknęła, wracając do ekranów.
- A Adama już znasz - skomentowała Emma. - Nasza łączność z rządem i nadzorca naszej grupy. Ma jednak równe prawa jak wy jeśli chodzi o pracę tutaj.
Adam oderwał wzrok od ekranu, przy którym głowił się z Dominicą, która szybko klikała coś na klawiaturze, a na ekranie pojawiały się jakieś kombinacje liczb i liter i uśmiechnął się do mnie.
Następnie szefowa zabrała mnie w głąb korytarza, wprowadzając do pomieszczenia wyglądającego jak ogromny salon, ze stolikiem, kanapami i wieloma telewizorami na ścianach.
- Główne pomieszczenie - wyjaśniła. - Tutaj zbieramy się na narady i tu omawiamy większość rzeczy.
Szybko stamtąd wyszliśmy i skierowaliśmy się dalej, do największej części piętra, na którym znajdowała się jednostka 'Trumny'. Była to salka do ćwiczeń, pełna profesjonalnego sprzętu, worków do ćwiczeń, rękawic, profesjonalnej siłowni, bieżni i mat na środku sali. Na macie w kącie sali leżał chłopak, a nad nim stała dziewczyna, zakrywając ręką usta.
- A to Austin Daniel's, zwerbowany z Armii Stanowej, były żołnierz. No i Tatiana Deviantart, absolwentka i stypendystka najlepszej akademii policyjnej w kraju i...
- Ja mu nic nie zrobiłam! - zaczęła od razu dziewczyna. - Tak jakoś machnęłam ręką, a on teraz nie wstaje..
Emma westchnęła.
- Nie wygłupiajcie się - skarciła. - Austin, jesteś facetem - przypomniała.
Chłopak wstał, a z nosa pociekła mu stróżka krwi. Podszedł do naszej szefowej i spojrzał na nią zły.
- Ja się wygłupiam? Kazałaś mi sprawdzić, czy się nadaje, tak? Więc Ci mówię, że się nadaje - zapewnił. - Przeklęta karateka, weź ją i wysyłaj na najgorsze akcje, mówię Ci, ona pozabija wszystkich - westchnął, obcierając krew z nosa. - A Ty nie pozwoliłaś mi jej oddawać, tylko się bronić....
Emma zaśmiała się, a ja pokręciłam głową, przerażona złamanym nosem chłopaka.
- Austin miał sprawdzić, czy Tatiana się nadaje - wyjaśniła Emma. - Ciebie też on sprawdzi w walce i w innych rzeczach.
- Tylko pamiętaj, mocno bić nie musisz - szepnął mi chłopak do ucha, kiedy nasza szefowa się odwróciła, by oznajmić Tatianie, że zostaje przyjęta...

I już nowy rozdział. Krótki, ale piszę takie, na jakie mam czas. Mam nadzieję, że zaciekawiła Was już nasza agencja... xD

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział piąty

Rano wstałam z potwornym bólem głowy, ale najgorzej było podnieść się z łóżka. Kręciło mi się w głowie, a kiedy wstałam, przytrzymałam się łózka, by nie upaść.
Miałam nadzieję, że sprawcy mojego kaca cierpią tak samo jak i ja, gdyż czułam się, jakbym umierała.
Poszłam do kuchni i połknęłam aspirynę, po czym nagrzałam nad płomieniem zapalniczki nóż i zamoczyłam go w szklance wody. Wychyliłam ją na jeden raz i skrzywiłam się, czując metaliczny smak wody, ale zawsze było to najlepsze lekarstwo na kaca jakie znałam i najszybsze.
Zrobiłam to samo dla Lyssy, po czym poszłam do jej pokoju, stawiając szklankę na jej szafce nocnej.
- Wstawaj, Aly, bo się spóźnisz na swoje zajęcia - jęknęłam. - Słyszysz?
- Nie, ogłuchłam od tego alkoholu - mruknęła. - I mów ciszej, bo mi zaraz głowa pęknie...
Zaśmiałam się.
-Też się źle czuję, ale... - zacząłem.
- Ale na pewno sto razy lepiej ode mnie - skwitowała. - Jestem wzorową studentką ze stuprocentową frekwencją. Jeden dzień nie zrobi różnicy...
- Zrobi, bo nie będzie już stu procentowej frekwencji - zauważyłam ze śmiechem.
Schowała głowę pod poduszką.
- Pieprzyć to, chce mi się spać - jęknęła.
- Alyssa... - zaczęłam.
Nagle rozdzwonił się dzwonek do drzwi, więc westchnęłam i zostawiłam ją w łóżku.
- Dobra, ale jak coś, to niech nie będzie na mnie, że pozwoliłam Ci nie iść, bo starałam się wypchnąć Cię z domu - zauważyłam. - A skoro zostajesz w domu, to liczę na obiad i na to, że pogadasz z właścicielem kamienicy o tym cholernym braku ogrzewania...
Znów rozdzwonił się dzwonek, a ja zaklęłam.
- Idę przecież ! - wrzasnęłam.
- Na miłość boską, nie drzyj się - warknęła Alyssa.
Zaśmiałam się i wstałam, idąc na dół i do drzwi, by otworzyć je niecierpliwemu gościowi. I tak nie miałam pojęcia kto to, a miałam iść dziś do agencji uzgodnić szczegóły mojej nowej pracy...
Otworzyłam drzwi i spojrzałam na udręczoną minę Adama.
- Czyli Ty też umierasz? - zaśmiałam się.
- Niestety, ale do pracy muszę iść.... - westchnął. - Więc się szybko ubieraj i jedziemy.
Uniosłam brwi.
- Ja mam jeszcze godzinę, ale Ty sobie jedź... - zaczęłam.
Pokręcił rozbawiony głową, patrząc na mnie.
- Zapomniałaś, że Twoja przyjaciółka rozwaliła mi wóz i nie mam czym jeździć, bo Emma stwierdziła, że nie pracuję u niej, a mój szef, że to jest zadaniem Emmy? Nie mam czym jeździć, więc mnie zawieziesz - zaśmiał się.
Spojrzałam na niego zdziwiona i już chciałam zapytać, o czym on gada, bo Emma przecież była szefem, ale Adam nie pozwolił mi dojść do słowa.
- Pięknie wyglądasz w tej piżamce w śnieżynki i nie wątpię, że chłopaki z agencji ucieszą się, jeśli Cię tak zobaczą, ale idź się ubierz - poradził.
Westchnęłam ciężko, przepuszczając go w drzwiach.
- Wejdź i zaczekaj chwilę - westchnęłam.
Sama poszłam na górę, gdzie znalazłam dla siebie jasne jeansy i czarny podkoszulek na ramiączkach, na co narzuciłam grubszą, czerwoną koszulę, nie zapinając jej i ubrałam białe adidasy. W domu było okropnie zimno. Poszłam do łazienki, gdzie umyłam twarz, zęby, pomalowałam lekko oczy, używając tylko tuszu i zaplotłam włosy w długiego kłosa opadającego na ramię.
Po drodze zgarnęłam do kieszeni portfel ze swoimi dokumentami i pieniędzmi oraz kluczyki do auta i swój telefon. Kiedy znów zeszłam na dół, zobaczyłam z salonie Adama siedzącego z Danielem, który musiał przyjść pod moją nieobecność.
- A jak tam nasza niezdara? - zaciekawił się Daniel.
- Aktualnie umiera, ale myślę, że do południa jej przejdzie - roześmiałam się.
- No, to jedziemy? - zapytał Adam.
Skinęłam głową. Zeszliśmy do garażu, gdzie zasiadłam za kierownicą, a chłopaki sprzeczający się przez całą drogę, który będzie siedział z przodu, właśnie zaczęli przepychać się.
- Obaj do tyłu - zarządziłam.
Zmruczeli coś pod nosem, ale wreszcie uspokoili się i Adam usiadł z przodu, ale Daniel zastrzegł, że z powrotem przednie siedzenie jest jego. Przeszło mi przez myśl, że zachowują się Jak Evan z Nathanielem i przypomniałam sobie, że w najbliższych dniach obiecałam Alex, że wpadnę do nich lub razem z nimi gdzieś się wyrwę.
Dojechaliśmy pod agencję, wchodząc do środka.
Przypomniało mi się, że Adam mówił coś o ty, że Emma nie uważa się za jego szefa, tak jak i jego szef, więc zapytałam o to chłopaków.
- Adam jest tutaj po to, by kontrolować całą 'Trumnę' - wyjaśnił Daniel.
- Mam pracować z Wami i zachowywać się jak normalny gość z CIA, b i za takiego się uważam, ale gdyby coś z jednostką było nie tak, miałbym zawiadomić o wszystkim rząd i automatycznie jednostka jest rozwiązana - dodał Adam.
Zmarszczyłam brwi.
- Aż taka ostrożność? - zdziwiłam się.
Adam westchnął, patrząc na Daniela.
- Zwykli obywatele nie maja pojęcia o 'Trumnie' ani sprawami o jak wielkiej wadze się ona zajmuje. Już raz, przez to, że kilka osób z dawnej 'Trumny' zaczęło pracować dla wrogów CIA, jednostka się rozpadła, czyniąc ogromne straty i wielu uczciwych przez to zginęło.
- Więc po co ją odnawiać? - zdziwiłam się. - Nie prościej, by wszystko było jawne...?
- A jak byś sobie to wyobrażała? Każdy wie, że istnieje jednostka która kontroluje całe mafie i wszytko, złych ludzi w rządach i tak dalej... I że w każdej chwili może coś z tym zrobić, ale czeka aż będą na to dowody albo aż to wszystko przybierze taki obrót, że będzie trzeba użyć dysponującej większą wiedzą jednostki? - zapytał Adam.
Pokręciłam głową.
- Skoro mamy taką wiedzę, to dlaczego nie rozwalimy teraz tych wszystkich mafii i w ogóle...? - zapytałam.
- Bo to też są ludzie. Nie zawsze są tylko winni i niewinni, jest też coś pomiędzy. A gdybyśmy zaczęli ich wszystkich naraz karać i napadać na nich, wywołalibyśmy wojnę, a ich jest dużo więcej od nas. Naszym celem jest zbieranie informacji, pozyskiwanie szpiegów w tych wszystkich skorumpowanych jednostkach i wtedy interweniowanie. Kiedy ryzyko jest zmniejszone, wiemy, że nikt nie ucierpi. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy musimy działaś mimo wszystko - powiedział.
Kiedy tak teraz na nich patrzałam, zobaczyłam, że nie są po prostu dwoma chłopakami, którzy się bawią, oglądają za dziewczynami i nic ich nie obchodzi. W pracy byli zdeterminowani i dokładni, a przede wszystkim musieli myśleć. Od tej pory miałam wykorzystać całe swoje doświadczenie, by pomimo widocznego zła, nauczyć się zwalczać je w odpowiednim momencie.
- Czyli znasz już mniej więcej nasze priorytety i zadania - usłyszałam za sobą głos Emmy. - Teraz czas, byś zobaczyła, jak je realizujemy i jak pracujemy.

I ta-dam! Wreszcie znalazłam czas i zmobilizowałam się do napisania czegoś (chyba) wartościowego :) Brakowało mi pisania i zapomniałam, jak fajnie było siadać przed klawiaturą i wymyślać swoją historię, jej szczegóły, bo ogólny zarys historii mam w głowie już od dawna. Nie wiem, jaka będzie częstość dodawania opowiadań, ale będę pisać, gdy będę miała pomysł, chęć i czas i mam nadzieję, że ktoś będzie to czytał choćby te kilka osób, które wcześniej też interesowały się blogiem :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział czwarty

Po tym, jak udało nam się pozbierać z ziemi Adama i jego karton, poszliśmy za Danielem do ich mieszkania. Było bliźniacze do naszego, ale kłuła mnie w oczy neonowo żółta kanapa.
- To co Adaś, chcesz coś na znieczulenie?
- No ba, jeszcze pytasz? - zaśmiał się chłopak.
- Niech weźmie... - zaczęła Alyssa.
- Oni mówią o akoholu, Aly - zaśmiałam się. - Mamy whisky.
Chłopaki szeroko się do siebie uśmiechnęli.
- No i takie sąsaiadeczki to ja rozumiem! - zaśmiał się Daniel i objął mnie ramieniem. - Idę po kieliszki i musimy się bliżej poznać!
Rozbawiona podałam mu butelkę. Poszedł szybko do kuchni, a po drodze szepnął coś Adamowi, ale wyłapałam tylko słowo 'biorę'.
Daniel wrócił i usiadł obok nas na kanapie, dając nam po literatce, którą zapełnił ciemnym płynem. Skrzywiłąm się. Whisky nigdy nie leje się do pełna szklanki.
- Pijemy, moje panie! - zaśmiał się Daniel. - Nie wiem, jak wy, babeczki, ale faceci piją do dna - mrugnął do mnie.
- Ponoć mamy równouprawnienie - zauważyłam z rozbawieniem.
- Ale pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Kobiety nie mają głowy do picia - uśmiechnął się złośliwie Adam.
- Nie znacie nas - prychnęła Lyssy.
Już wiedziałam, co ona kombinuje.
- W takim razie robimy zakład - odezwał się Adam. - Jeśli wypijecie, koniec żartów o kobietach jako słabszej płci, zero uprzedzeń - zapewnił. - Ale jak wygramy, bo wy nie wypijecie na raz, to dostajemy po biziaku - mrugnął do mnie i przybił sobie piątkę z Danielem.
- Stoi - powiedziałyśmy równo.
- Ja zamawiam buziaka od niezdary - zaśmiał się Daniel, patrząc na Alyssę.
Roześmiałam się i złapałąm za szklankę.
- Patrzcie, cieniasy, jak to się robi - mruknęłam i podniosłam szklankę do ust.
Przechyliłam ją lekko i po chwili już upiłam łyk alkoholu, ale nie oderwałąm szklanki od ust, ponieważ miałam wypić na raz. Wreszcie udało mi się, ale zakręciło mi się w głowie lekko i czułam, jak moje gardło płonie.
- Szacun, mała - poklepał mnie po plecach Adam.
- Nie jestem mała - oburzyłam się.
Roześmiał się.
- Dla mnie jesteś. A teraz pije niezdara - uśmiechnął się do Lyssy.
Spiorunowała go wzrokiem.
- Nie darujesz mi tego, co? - mruknęła.
- Nigdy. Ale będę uważał, gdy będziesz w pobliżu drzwi. Weźcie powieście na nich coś jak 'Uwaga! Niebezpieczeństwo!' czy coś takiego... - parsknął śmiechem.
- Nie gadaj, tylko niech pije! - uciszył go Daniel.
Alyssa uniosłą szlklankę, ale po chwili odstawiła ją, opróżnioną do połowy.
- Ej no! - oburzyłam się. - Nie liczy się!
- Liczy, liczy - zapewnił Daniel i poklepał się po policzku. - Czekam.
Przewróciłąm oczami i pocałowałąm go lekko w policzek, a później Adama, który szeroko się uśmiechnął.
- I co się cieszysz? - mruknęłam.
Lyssy też pocałowała chłopaków.
- Wygrałem zakład. No i mamy jeszcze pół butelki! - klasnął w dłonie i znów rozlał to do szklanek. - Pijemy!


Ciekawe, jak skończy się ta 'libacja alkoholowa'? :D Nasze gołąbeczki już się poznały, ale co będzie następnego dnia? Wyczuwam kacyka ^^ 

niedziela, 12 stycznia 2014

Liebster Award

"NOMINACJA DO LIEBSTER AWARD JEST OTRZYMYWANA OD INNEGO BLOGERA W RAMACH UZNANIA ZA "DOBRZE WYKONANĄ ROBOTĘ". PO ODEBRANIU NAGRODY NALEŻY ODPOWIEDZIEĆ NA 11 PYTAŃ OTRZYMANYCH OD OSOBY, KTÓRA CIĘ NOMINOWAŁA. NASTĘPNIE TY NOMINUJESZ 11 OSÓB (INFORMUJESZ ICH O TYM) ORAZ ZADAJESZ IM 11 PYTAŃ. NIE MOŻNA NOMINOWAĆ BLOGA, KTÓRY CIĘ NOMINOWAŁ."


Za nominacje baaaardzo dziękuję kololowa98 <3

Odpowiedzi:

1. Jaka jest twoja popisowa potrawa ?
Ogólnie lubię gotować, ale najlepiej wychodzą mi ciasta, omlety z warzywami i zapiekanka z kurczakiem :)
2. Rzecz z dzieciństwa, za którą najbardziej tęsknisz.
Pamiętam, że miałam kiedyś taką małą laleczkę, którą zabierałam wszędzie ze sobą... A później zabrała mi ją kuzynka! :'(
3. Lubisz swój charakter pisma ?
Raczej tak ;) Wszystko da się przeczytać, a to najważniejsze :D
4. Czy umiesz grać na jakimś instrumencie muzycznym ? Jak tak, to na jakim i ile już na nim grasz ?
Na cymbałkach xD Nie umiem, jestem za leniwa. Kiedyś uczyłam się grać na gitarze, ale zrezygnowałam po niecałym tygodniu :D
5. Masz zwierzaka ? Jakiego ? Jeżeli nie, to jakiego byś chciała.
Mam dwa koty; Lilkę i Tośkę i kundelka Kiarę. No i jeszcze moją oswojoną kurę Sendi, która śpi w psiej budzie na podwórku xD
6. Jaki masz znak zodiaku ?
Baran :P
7. Kiedy najlepiej pisze ci się rozdziały ? (pora dnia, przy muzyce lub bez itp. )
Najlepiej gdy jestem sama w domu, nikt mnie nie rozprasza i z samego rana, zaraz gdy wstanę, albo późnym wieczorem :)
8. Jakie jest Twoje hobby ?
Hmmm.. Uwielbiam czytać książki <3 Kryminały, fantasy, horrory, thrillery psychologiczne... No i oczywiście oglądam dużo seriali, najczęściej kryminalnych :D
9. Gdyby można by było być przez godzinę niewidzialnym jakie miejsca być zwiedziła, co byś zrobiła ?
Na pewno podokuczałabym kilku osobom xD No i odwiedziła pewną osobę, ale to już moja sprawa kogo... ^^
10. Jakie kraje do tej pory udało ci się zobaczyć ?
Niemcy, Czechy... Ale mam zamiar zwiedzić dużo więcej :D Marzę o Paryżu, Rzymie i Rio... <3
11. Lubisz The Wanted ? Jak tak to za co ?
Uwielbiam <3 Zaraziła mnie nimi kololowa98, pisząc swój pierwszy blog - All Time The Wanted *.* No i oczywiście kocham ich za ich muzykę :)

Za nominację serdeczne podziękowania dla Zagubiona Dusza <3

Odpowiedzi:

1. Ile masz lat?
Rocznikowo 16, ale jak na razie 15 :) Byle do 1 kwietnia ;D
2. Kiedy założyłaś bloga?
12.04.2012r. :) Przed chwilą sprawdzałam, bo nie pamiętam :P
3. Jakiej muzyki słuchasz? (rodzaj)
Ooh... Różnej. Od pop-u, przez rap, hip hop, rock, metal i do hardcore punka :) Ale najbardziej lubię "dracie mordy" jak to nazywają moje przyjaciółki :D No i Jamesa Arthura <3 A ostatnio wkręciło mi się Grenade Bruno Marsa :)
4. Którego członka The Wanted lubisz najbardziej?
Nie mam pojęcia. Wszystkich chyba na równo :) Siva jest najładniejszy, Max to Max, Jay ma fajne loczki *.*, Tom jest takim luzakiem i jeszcze do tego nasz najmłodszy Nath, którego uwielbiam <3 I wszyscy świetnie śpiewają. Nie potrafię wybrać ;)
5. Skąd pomysł aby założyć bloga i pisać opowiadanie?
Zawsze przyżekałam sobie, że kiedyś zacznę coś pisać. Wiele zeszytów z wymyślonymi przeze mnie kryminałami i fantas leży w kartonie pod łózkiem albo są pochowane głęoko w szafkach :) Ale ta historia jest moją ulubioną. Historia Nicole <3
6. Ulubiony napój?
Roko *.*
7. Ulubione zespoły?
Imagine Dragosn, Skillet, Rise Against, Metallica, Linkin Park, Within Temtation, Blue Cafe, The Wanted... Lubię też wielu wykonawców, takich jak Macklemore, Max Schneider, Shontelle, Jamesa Arthura, Alex Hepburn, Adam Lambert, Bruno Mars, Pittbul, Eminem, Rihanna, Jenifer Lopez, Ke$ha, Beonce, Liber, Mezo...
8. Sposób na poprawę humoru?
Czekolada lub kakao, kocyk, ciepły kaloryfer i dobra książka... 
9. Masz jakiegoś zwierzaka?
Dwa koty - Lilkę i Tośkę, psa Kiarę i podwórkową, oswojoną kurę Sendi :D
10. Lubisz czytać? Jeżeli tak to jakie książki najbardziej? Ulubiona książka? Autor?
Sebastian Fitzek - Makabryczna gra/ Terapia, Richard Hawke - Piekielny chłód, Stephenie Meyer - Zmierzch/ Księżyc w Nowiu/ Zaćmienie/ Przed świtem/ Drugie życie Bree Taner, John Everson - Demoniczne przymierze, Cassandra Clare - Miasto Kości/ Misato Szkła/ Misato Popiołów, Michelle Zink - Prorpctwo sióstr/ Strażniczka bramy  ---> to są te, które lubię najbardziej <311. Styl ubierania? 
To zależy od moich humorków. Jednego dnia potrafię chodzić w sukience, a innego ich nienawidzić. Ale przeważnie chodzę w ciepłych sweterkach i legginsach :) Uwielbiam łańcuszki i długie kolczyki *.*

Nominuję:

lifeisntafunnygame.blogspot.com
http://ta--najlepsza.blogspot.com/
http://swiat-dreamer.blogspot.com/
http://i-found-my-new-life.blogspot.com/
http://dumkanatrzyserca.blogspot.com/
http://elfiahistoria.blogspot.com/
http://ifoundyou-thewanted.blogspot.com/
http://canyouhearme-thewanted.blogspot.com/
http://wantedowe-story.blogspot.com/
http://twforevertomymind.blogspot.com/
http://fans-thewanted.blogspot.com/

Pytania:

  1. Co byś zmienił w swoim wyglądzie, gdybyś mógł?
  2. Czy wierzysz w przeznaczenie, przesądy, sny?
  3. Jakie jest Twoje ulubione miejsce w domu?
  4. Co jest dla Ciebie ważniejsze ; przyjaźń, czy miłość?
  5. Czy postacie z Twojego bloga są wzorowane na Tobie lub Twoich bliskich, czy całkowicie wymyślone?
  6. Kto jest Twoim idolem i wzorem, od którego chciałbyś się czegoś nauczyć?
  7. Co być zrobił, gdyby nikt nie miał tego zapamiętać?
  8. Ulubiona książka?
  9. Wolisz wschód, czy zachód słońca?
  10. Czy uważasza, że w przyszłości będziesz podobnym rodzicem dla swoich dzieci, jak Twoi dla Ciebie?
  11. Wolałbyś być bogatym człowiekiem i mieć miłość, przyjaźń, wszystko, czego zapragniesz i całe życie przebywać w jednym miejscu, czy rzucić wszystko i uciec w nieznane?

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział trzeci

Od Alyssy

Weszłam do mieszkania.
- Nikki, wróciłam! I wiesz co, widziałam jakiś dwóch kolesi wprowadzających się do tamtego mieszkania po drugiej stronie korytarza! Mówię ci; jakie ciacha - jęknęłam.
Weszłam do salonu, gdzie Nikki leżała na kanapie i oglądała kolejny odcinek "House'a". Obie lubiłyśmy tego starego, kulawego idiotę. Nie dość, że mądry, to jeszcze wredny. Po prostu kochałam ten serial!
- Ty się tak nie ciesz, bo jednego wczoraj puknęłaś - wypomniała mi.
Wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem.
- No coś ty? To on?
- Nie poznałaś?!
Machnęłam na nią ręką.
- Dobrze wiesz, że mam krótką pamięć... Ale co oni tu robią?
Wyłączyła głos w telewizorze i spojrzała w moją stronę.
- Jak sama zauważyłaś; wprowadzają się tu. I są z CIA. Z tego wydziału, gdzie mnie przyjęli.
- Przyjęli cię?
- Tak! - momentalnie się rozchmurzyła.
Wyciągnęła spod stolika butelkę jakiegoś alkoholu. Nie wiedziałam, co to, ale na pewno było mocne. Nikki tylko takie kupowała.
- Jeszcze gdyby było co uczcić... - mruknęłam.
- Nie przyjęli cię? - spytała zawiedziona.
Ona najlepiej wiedziała, jak bardzo zależało mi na tym stażu. Pokręciłam smutno głową.
- Nie. Ale zobaczysz, odbiję sobie to - zapewniłam.
Poszłam szybko na górę i weszłam do swojego pokoju. Zmieniłam moje jasne jeansy i czerwoną bluzeczkę na sukienkę. Nie za elegancka, ale też nie taka codzienna. Idealnie. Zeszłam po schodach na dół i nastawiłam wodę na kawę.
- Tobie też zrobić? - krzyknęłam do Nikki.
Przyszła do kuchni i usiadła na krześle przy stole.
- Dlaczego się tak wystroiłaś? - zapytała, marszcząc brwi.
- Gorąco mi - wzruszyłam ramionami.
Starałam się ukryć uśmiech, który wypłynął mi na usta.
- Zwariowałaś? - parsknęła śmiechem. - Ty jesteś nienormalna! Przecież nam ogrzewanie padło, ty tępa dzido!
Obróciłam się do niej, nie kryjąc śmiechu.
- I jeszcze ten głupi wyraz twarzy... Chyba nie zamierzasz tam leźć? - zmarszczyła brwi.
- A dlaczego nie? Przecież trzeba budować więź... Sąsiedzką - mrugnęłam do niej.
- A co z twoim doktorkiem? - zainteresowała się.
- Zamknięty rozdział - uśmiechnęłam się.
Roześmiała się, sięgając po nakrętkę od butelki, leżącą na stole, którą zaczęła się bawić.
- Oj Nikki, naprzeciw naszych drzwi do mieszkania są drzwi do domu dwóch świetnych przystojniaków. Ja biorę jednego, ty drugiego i gra gitarka - mruknęłam.- Bierz swoją flaszeczkę, wskakuj w kieckę i idziemy!
- Chcesz sobie poprawić chumor po nie przyjęciu na staż, czy po prostu któryś ci się spodobał?
Machnęłam ręką w stronę drzwi.
- Ty jesteś ślepa, czy wolisz kobiety? - zapytałam z wyrzutem. - To są dwa ciacha... Aż chce mi się ich schrupać - zaśmiałam się. - No chodź!
Podeszłam do niej i złapałam ją za rękę, ciągnąc z krzesła, by wstała.
- Mam dla ciebie taką śliczną bladoróżową sukienkę... - zaczęłam.
- Nie lubię różowego.
- No to inną.
- Nie lubię sukienek - wymamrotała pod nosem.
Przewróciłam oczami.
- Tam ta da dam! Wygrałaś właśnie konkurs na marudę roku. Ale i tak zrobimy po mojemu... - mruknęłam. - Nie chcesz sukienki; trudno. Ale bierz tą flaszkę i idziemy!
Wzięłam Nicole za rękę, butelkę pod pachę i zaczęłam iść do drzwi. Łokciem nacisnęłam na klamkę i pchnęłam mocno drzwi. Usłyszałam huk i głuche tąpnięcie o ziemię. Wyszłyśmy szybko na korytarz.
- Boże... - mruknęła Nikki.
Pod drzwiami leżał jeden z przystojnaków, którzy wprowadzali się naprzeciwko. Kartonowe pudło leżało na ziemi i wysypywały się z niego różne rzeczy, a chłopak złapał się za głowę.
- Ałaaaa... - jęknął.
- Nic ci nie jest? - schyliła się nad nim Nikki.
- Czym ty mnie pierdolnęłaś?! - krzyknął.
- Adam, długo jeszcze z tymi pudłami?! - krzyknął ktoś z mieszkania na przeciw. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich ten drugi chłopak. Popatrzył przez chwilę na całą sytuację, a później zapytał zdezorientowany: - Kurwa, co wy mu zrobiłyście?

I jak się podoba? Umierałam ze śmiechu pisząc to :D Czyli znacie już naszą Alyssę - roztrzepaną, niezdarną podrywaczkę ^^ Jak wam się podoba rozdział? c; 
Ps. Pewne osoby wiedzą, na kim Alyssa jest wzorowana ^^ Mam nadzieję, że moja Lyssy mnie nie zabije za to podobieństwo :P

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział drugi

Naciągnęłam na siebie kołdrę i zasłoniłam głowę poduszką, czekając na ustanie w moich uszach przeciągłego szumu, ale się nie doczekałam. Czy ludzie zwariowali? Kto i po jaką cholerę się tak tłucze?!
Zrezygnowana i pewna, że już nie uda mi się zapaść w przerwany sen, gdzie James Arthur zaprosił mnie na kolację i chciał zaśpiewać właśnie dla mnie Impossible wstałam, cicho klnąc pod nosem.
Jejku, jak tu było zimno. Jak w jakimś głupim iglo. Pizgało zimnem jak na antarktydzie. Zawinęłam się w mój cieplutki, puchowy szlafrok, który po prostu uwielbiałam.
Zeszłam  z łóżka (chyba lewą nogą, bo od razu się zezłościłam) i zrezygnowana poszłam do łazienki, patrząc po drodze do pokoju Lyssy. Pewnie jest na uczelni. Przechodząc obok kaloryfera zauważyłam,  że jest zimny. Lodowaty. Niech to szlag. Weszłam pod prysznic i odkręciłam gorącą wodę, ale i tu spotkało mnie rozczarowanie. Niby nie zimna, ale i nie ciepła woda.
I co ja biedna mam zrobić? Wzięłam szybki prysznic, po czym jak najszczelniej owinęłam się ręcznikiem i skierowałam się do mojego pokoju, w poszukiwaniu jakiegoś ciepłego dresu.
Domyślałam się, co było powodem braku ogrzewania. Właściciel kamienicy miał coś tam naprawiać  w systemie ogrzewania, czy coś tam...
W każdym razie zgotował nam piekło. Chociaż nie, w piekle jest ciepło. Gorąco.
- Chcę do piekła - wymamrotałam, szukając w szafie spodni od dresu i ciepłego sweterka.
Pospiesznie się ubrałam i zeszłam na dół, do kuchni. Zrobiłam sobie mocną kawę i wzięłam z szafki batonika zbożowego.
I nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Dwa razy krótko i raz długo. I znów ta sama kombinacja.
Ciekawe, kto to?
Otworzyłam drzwi i w progu zobaczyłam blondynkę i jakiś dwóch facetów; jeden brunet, a drugi w kapturze i w okularach.
- Dzień dobry...
- Niczego nie kupuję - ostrzegłam od razu, gdy zobaczyłam w dłoniach kobiety czarną teczkę.
Wszędzie ci cholerni akwizytorzy!
- Nie, nie. My w ważniejszej sprawie. Przyszliśmy porozmawiać...
Aha, w takim razie jacyś strasznie wierzący, którzy przyszli mnie nawracać?
- Nie będę rozmawiać o Bogu, ani o duszy, ani o wierze...
- Słuchaj, mała - zaczął facet w kapturze. - Nie przerywaj. Nie spodziewasz się dzisiaj nikogo?
Zamyśliłam się. Kogo ja się spodziewam? I odpowiedź zaraz przyszła mi do głowy.
- Wy w sprawie pracy! Zapraszam do środka!
Przepuściłam ich w drzwiach i poszłam za nimi do salonu, zbierając opakowania po chipsach i pudełka po filmach DVD.
- Nazywam się Emma Ovechkin i przyszłam zaproponować ci kontrakt. A to Daniel i Adam, dwóch najbardziej denerwujących facetów w naszej agencji - wskazała na dwóch chłopaków.
Ten jeden ściągnął kaptur, a mnie zamurowało. To ten debil od auta z wczoraj!!!
- Pamiętasz mnie? Puknęliśmy się wczoraj - uśmiechnął się do mnie, na co Emma uniosła brwi,  a Daniel parsknął śmiechem.
- To ty byłeś tym wariatem, który jak usłyszał moje nazwisko to zapomniał o obtłuczonym aucie?
- I tak było służbowe - wzruszył ramionami.
- Obetnę ci remont z pensji - mruknęła kobieta.
- Ej, no!
- Cisza! - usiadła na kanapie i nakazała ręką zrobić to samo chłopakom.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, przycupnęłam na oparciu fotela.
- Mam do ciebie jeszcze kilka pytań, by ustalić formalności. Resztę wiem z twoich akt - pokazała na teczkę.
- Oczywiście - przytaknęłam.
Ta blondynka była strasznie surowa,  zawzięta i ... Jakby to powiedzieć? Zorganizowana.
- Pracowałaś jako detektyw, prawda?
- Tak, ale mnie wywalili po trzech tygodniach - wyznałam szczerze. I tak pewnie wszystko wie.
Pokiwała tylko głową.
- A praca w policji?
- Groziłam bronią partnerowi. Długo tam nie popracowałam.
Chłopaki parsknęli śmiechem i zaczęli coś między sobą szeptać.
- A agencja ochroniarska?
- A to to nie była moja wina, że mnie wywalili - usprawiedliwiłam się. - Szef myślał, że wyszłam i załatwił jakiś łysych debili, by zniszczyli mu bar, by owyłudzić odszkodowanie?
- Więc połamałaś jednego z "łysych debili"?
- Oni mnie też połamali.
Kobieta pokiwała głową.
- Dlaczego chcesz tą pracę?
- Bo nie mam kasy. I chyba się nadaję. Tak myślę - wzruszyłam ramionami. - Wiele widziałam.
- Praca w naszej agencji jest wymagająca. Musisz dostosować się do elastycznych godzin pracy - powiedziała kobieta.
- Myślę, że się dostosuje.
Chłopaki parsknęli śmiechem z jakiegoś tylko sobie znanego  żartu.
- To pani jest tu szefową, tak? - zapytałam. Skinęła głową. - To po co oni tu są?
Kobieta westchnęła.
- Nie wiedziałam, że te osły tu będą. Spotkałam ich pod blokiem. Ja przyszłam na rozmowę o pracę do ciebie, oni się wprowadzają.
- Gdzie? - szczęka mi opadła.
- Do mieszkania po drugiej stronie korytarza - wytłumaczył Adam. - Nie wiedzieliśmy, że ty tu mieszkasz.
Łał. Nieźle.
- Dobra, to chyba na tyle. Jutro przyjedź do naszej agencji, wiesz, ta duża w środku miasta. Budynek CIA. Pytaj o mnie. Uzgodnimy szczegóły.
- Czyli mam tą pracę?
Gdy pracodawcy słyszeli o moich przygodach w tej branży, wywalali mnie od razu.
- Tak, jeszcze nigdy nie widziałam tak szczerej osoby. A wierzę w zapewnienia Seana i Michaela z biura Lawrence'a, że się nadajesz. A jak by co, to zawsze mogę cię wyrzucić - wzruszyła ramionami. - Wynocha - powiedziała do Adama i Daniela.
- Cześć, sąsiadko.
- No, to do widzenia jutro - pożegnała się kobieta.

Taki chaotyczny ten rozdział, ale ja w początkach nie jestem najlepsza :( W każdym razie później będzie ciekawiej :D

poniedziałek, 21 października 2013

Rozdział pierwszy

- Wstawaj! - poczułam mocne uderzenie w ramię. - Wstawaj! Dziś mam wykłady z przeszczepów serca, więc jeśli się spóźnię, to poćwiczę na tobie!
I znowu coś mnie huknęło.
- Lyssy, daj mi spać. Bo wstanę i ci oddam.
Naciągnęłam na siebie zpowrotem kołdrę, którą ze mnie ściągnęła.
- Wredna jędzo, wstawaj! Co mówił pan doktor? Masz ćwiczyć nogę.
Westchnęłam i zakryłam twarz poduszką.
- Powiedz panu doktorowi niech się wypcha. Zgódź się na randkę z nim, to przynajmniej nie będę musiała chodzić na kontrolę co dwa tygodnie - mruknęłam niezadowolona.
- Może skorzystam z propozycji, ale musi się bardziej postarać. A co do ciebie...
Usłyszałam, jak coś z głuchym tąpnięciem upada na podłogę i poczułam na plecach coś zimnego i mokrego.
- Aaaa! - zerwałam się z łóżka i szybko zaczęłam zdejmować mokrą koszulkę. - Zabiję cię!
- Słodka jesteś - zaczęła się śmiać. - To ja już lecę, a ty jak chcesz mieć co zjeść na śniadanie, to przebiegnij się do sklepu po jedzenie, bo nasza lodówka świeci pustkami. Pa!
I wyszła. Mały potwór, pomyślałam. Skąd ona miała tyle energii? I po co mnie budzi?
Przecież nie idę do pracy. Zwolnili mnie. Zaśmiałam się sama do siebie.
Gdy skończyłam poranną toaletę szybko ubrałam się i byłam gotowa. Wybrałam luźną, czarną koszulkę z napisem "I hate all" i do tego standardowo już długie spodnie, lecz tym razem dresowe.
Kiedyś chodziłam w krótkich spodenkach, ale teraz jakoś nie miałam na to ochoty, gdy moja wielka blizna ciągnąca się od kolana, aż do kostki i jeszcze jedna, ale tym razem mała, pod kolanem, przyciągały wzrok wszystkich.
To właśnie pamiątka z mojej ostatniej akcji dla agencji ochroniarskiej, przez którą zostałam zwolniona. Głupi szef bał się, że będzie musiał płacić odszkodowanie.
A może bał się tego, że przez jego nieumiejętność w planowaniu czegokolwiek jego plan się wyda?
No bo wymuszanie odszkodowania od agencji ubezpieczeniowej, która polegała na napadzie własnego klubu raczej nie byłaby rozumiana przez sędziów.
Ja byłam tylko przypadkową ofiarą, bo znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie. Nie wyszłam z klubu od razu po skończeniu zmiany i podczas zamieszania jakie powstało, na moją nogę spadła półka ze szklankami i butelkami pełnymi alkoholu.
Kilkumiejscowe złamanie i wiele cięć. Nie wspominając o alkoholu na ranach, co piekło niemiłosiernie.
Ale nie chciałam ani odszkodowania, ani nie zeznawałam przeciw szefowi. Potrzebował tych pieniędzy, bo jego żona właśnie umierała na raka.
Może i byłam głupia i naiwna, ale miałam miękkie serce. A jeśli miałam miękkie serce, to musiałam mieć twardą dupę. Takie życie.
Zamknęłam mieszkanie, wyszłam przez klatkę schodową na niezatłoczony jeszcze chodnik i po założeniu słuchawek na uszy ruszyłam przed siebie.
Kiedyś mogłam biegać i robić co chciałam bez żadnych niedogodności, ale teraz czułam lekki dyskonfort przez moją nogą. "Lekarz kazał ci ćwiczyć...". Prychnęłam.
Gdy dotarłam do najbliższego dużego sklepu wstąpiłam tam na chwilę po najpotrzebniejsze rzeczy, ale jak zwykle wyszłam z trzema pełnymi torbami. Jeszcze szybko wstąpiłam do okienka z napisem "Tu zapłacisz swoje rachunki", bo bałam się, że już iedługo odetną nam wodę, prąd, ogrzewanie i intenet, niestety wzięłam za mało pieniędzy, więc na opłacenie TV już nie starczyło.
Kiedy wychodziłam ze sklepu, zadzwonił mój telefon.
- Słucham? - zapytałam.
- To ja, Alex - usłyszałam znajomy, radosny głos. - Co u ciebie?
- Oj, normalnie. Jakoś nic specjalnego się nie dzieje. Lepiej ty opowiadaj. Jak tam Evan po urodzinach?
- Jak to Evan. Bije się z Nathem o zabawki - usłyszałam w tla jakiś krzyk. - Poczekaj chwilę.
Nadal trzymałam słuchawkę przy uchu i usłyszałam, jak Alex poucza starszych chłopców, by poszli się bawić do ogrodu.
- Już jestem. Wiesz, tak pomyślałam, że mogłabyś wpaćś do nas w sobotę. Może pojechalibyśmy gdzieś nad wodę... Poczekaj - uprzedziła mnie. - Gabriel, ściszysz telewizor? Rozmawiam z ciocią Nikki.
- Ale teletubisie...
- Film wyświetli się na brzuszku czerwonego. Evan to wczoraj oglądał - zdradziła synkowi.
- Mamooo, nie mów! - jęknął mały Gabe.
- Już jestem.
- Ale ty jesteś niedobra! Przecież to były by takie emocje i niewiedza! - zaśmiałam się.
- Carmen! - usłyszałam. - Nikki, poczekaj chwilę! Malutka, uważaj! Nie wolno wchodzić na schodki. Chodź do mamy...
- A gdzie ten Mike? - zapytałam. - Dlaczego nie pomoże okiełznać ci małych potworków?
- Aj, jest w pracy. Ale przychodzi za godzinę. Ja mam dziś wolne. Ale nie było tak źle, dopóki Cary nie zaczęła chodzić. Mike ostatnio pozakładał takie plastikowe otwierane bramki na schody, ale i tak chłopcy ich nie domykają i mała wchodzi na schody, albo jak drzwi są otwatre... Żaden z chłopców nie był tak niegrzeczny, jak ona.
- No widzisz. Ma twój charakter - zaśmiałam się.
Usłyszałam charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości, który powtórzył się kilka razy.
- Chyba ktoś próbuje się do mnie dodzwonić... - mruknęłam.
- No to ja kończę. Pogadamy wieczorem. A, Mike załatwił ci pracę... Spodziewaj się jutro kogoś - i się rozłączyła.
Nie zastanawiałam się nad sensem jej słów, tylko oddzwoniłam do mojej Alyssy, która próbowała się do mnie dodzwonić.
- Lyssy, co się...
- Kurde, Nikki, wiesz, to trochę zabawne, ale ty się chyab nie będziesz śmiała... - zaczęła nerwowym głosem. - No bo chodzi o to, że ja... No, pamiętasz, jak ostatnim razem walnęłam w to auto, co stało źle jechało? No to teraz takie jedno źle stało na parkingu...
- Kurde, Lyssy, przypieprzyłaś znowu w kogoś?! - wydarłam się, nie zwracając uwagi na mijających mnie ludzi, którzy patrzeli na mnie zdziwieni.
- No tak...
- Co tym razem? Komedia, czy dramat? - zapytałam.
- No wiesz, skasowałam gościowi cały przód. Maska trochę pognieciona, zderzak do wymiany i rozbite lampy... - załamywał jej się głos.
- A gdzie właściciel tego samochodu?
- No właśnie tu idzie i tak nerwowo wymachuje rękami.. Ale się nie dziwię, bo to przecież nowiutkie audi jest..
Z moich ust posypał się stek przestępstw.
- Dobra. To ty zacznij płakać i histeryzować, a ja zaraz do ciebie przyjadę. Tylko nie pozwól mu wezwać policji, bo ci prawko zabiorą! To już drugi raz!

Wysiadłam z taksówki i zapłaciłam ostatnimi banknotami jakie mi zostały po zakupach kierowcy. Wysiadłam szybko z samochodu i podeszłam do małego zbiegowiska na parkingu.
- Co się dzieje? - zapytałam jednego faceta.
- A jakaś gówniara, co chyba niedawno prawko dostała, bo nie umie jeździć przywaliła w jakiś samochód prosto z salonu i teraz tu histeryzuje...
- A pan tu czego?! Ma pan tu coś do załatwienia? - warknęłam.
- No nie...
- To wynocha stąd. Ale już!- rozgoniłam całe towarzystwo.
- Kto jest właścicielem tego samochodu? - zapytał zdenerwowany, młody facet.
Zapewne właściciel auta, w które piznęła ta wariatka.
- No ja... - Ally zaniosła się szlochem. - Ale ja nie chciałam... Niech pan nie wzywa policji...
- Dobra, dobra, teraz to niech sobie wzywa - uspokoiłam. - Możesz już skończyć przedstawienie - zwróciłąm się do przyjaciółki.
- Oj, to dobrze, bo tusz mi się rozmazał - obtarła się.
- No to tak, facet. Pokryjemy wszystkie koszty, a jeśli chcesz nas podać o odszkodowanie, to spisz mnie i po problemie - podałam mu swój dowód. - Przepraszam, że rozbiłam ci auto.
- Ale to ona mi je rozbiła - zaśmiał się. - Co wy odwalacie? Najpierw płacz, teraz to...?
Ja nie miałam jeszcze ani jednego przewinienia, za to Alyssie zabrano by prawo jazdy. A przecież musiała dojeżdżać na uczelnię. A mi kilka punktów karnych nie robiło różnicy.
- Nicole West? - parsknął. - To ty?!
Wpatrywał się w mój dowód.
- Masz z tym problem? Powiedziałam, że zapłacimy, a możesz zeznać, że to ja ci rozbiłam auto...
- Nie no, Nicole, spoko. Nic nie płacicie, to i tak służbowe auto. Zadzwonię po lawetę i wrócę taksówką - zaśmiał się. - Nie ma problemu. Przepraszam za kłopot.
Oddał mi dowód. Zamknął auto i złapał za komórkę, dzwoniąc gdzieś.
Alyssa popatrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Co to było?! - zapytała.
- Nie wiem, ale chodź, zanim się rozmyśli i będziesz musiała płacić.
- Do zobaczenia jutro, Nicole! - krzyknął facet.
Teraz to już całkiem nic nie rozumiałam. Alyssa widać też nie.
- Łoł. C o  t o  b y ł o ? - powiedziała wolno.
- A skąd mam wiedzieć? To świr. Jedźmy już.
Wsiadłyśmy do niesfatygowanego stłuczką auta Lyssy i pojechałyśmy do domu.
Ale przez resztę dnia i całą noc ta sprawa nie dawała mi spokoju.


Ta-dam! Od dawna wyczekiwany przez niektórych rozdział! I co powiecie? Macie jakieś teorie, co będzie dalej? ;D

...

Część druga właśnie się rozpoczyna! 

sobota, 14 września 2013

Na tym koniec

Michael został wepchnięty do sali przez  pielęgniarkę.
- Niech no pan zobaczy dzieciaczka! Żona już urodziła, no idź pan!
Żona. Dokładnie pamiętałąm ten dzień.
Dwa tygodnie po tym, jak Mike dowiedział się, że noszę w sobie nasze dziecko już się pobraliśmy.
Ślub był skromny, taki, jak zawsze marzyłam. Tylko najbliższa rodzina, ksiądz i my dwoje.
Uśmiechnęłam się do wspomnień.
Michael podszedł do mojego łóżka i nieśmiało przysiadł na samym jego skraju.
- Mike, nie bój się. Zobacz, jakie cudo zrobiliśmy. Nasz mały aniołek - podałam mu małe zawiniątko, które nieśmiało wziął na ręce. - Twój synek. Przestraszyłam się, bo nie płakał. Jest taki spokojny, słodki.
- Jest podobny do ciebie - zauważył Michael.
- Jak masz na drugie imię? Nathaniel? Może tak nazwiemy maluszka?
Mike przytulił do siebie synka.
- Idealnie - szepnął i mnie pocałował.
- O, a tak przy okazji. Nie wiem, jak to zrobisz, ale następne rodzisz ty.

*******

- Nath siedzi w salonie i ogląda bajki, ale przed 20 powinien być w łóżku. Usmażyłam naleśniki, bo Nathaniel je lubi. Ale z dżemem, bo z serem nie. W szafce są soki, ale mały najbardziej lubi pomarańczowy.... 
- Alex, uspokój się. Umiem zająć się dzieckiem - mama był lekko zirytowana moją nadopiekuńczością. - Oddaj mi Evana i idźcie już, bo się spóźnicie! - zaśmiała się.
Spojrzałąm na małego, radosnego szkraba. Cały Michael. Jego oczy, włosy, nosek...
Oddałam go mamie i już mieliśmy wychodzić razem z Michaelem, ale się wróciłam.
- Mleko dla Evana jest w lodówce, a gdyby miał czkawkę to zrób mu herbatki - wytłumaczyłam jeszcze.
- Alex, spóźnimy się - ponaglał mnie Mike.
- Idziemy - złapałam go za rękę i wyszłam przed dom. - Poczekaj, muszę jeszcze...
Chciałam iść jeszcze raz do domu, by powiedzieć mamie, gdzie jest karma da psa, ale Michael nie chciał mnie puścić.
- Alex, twoja matka umie zająć się dziećmi. Wie, gdzie co trzymamy. Spokojnie. A teraz musimy jechać, bo Natasha cię zabije, jeśli jej świadkowa spóźni się na jej ślub.
- Michael, ale oni są tacy mali. Nathaniel ma dwa i pół roku, a Evan dopiero siedem miesięcy. Przecież długo nas nie będzie...
- Alex, wsiadaj do tego samochodu! Bez dyskusji! - Mike ze śmiechem wsadził mnie do auta.
I pojechaliśmy.

Ślub Natashy i Owena był całkowitym przeciwieństwem naszego. Huczny, strojny... 
Całkowicie pasował do naszej pary.
Natasha zmieniła lekko ich przysięgi. To było urocze:
- Oddaje Ci serce z miłości i tylko Ciebie miłuję, nie cofnę nigdy tego,  co Ci dzisiaj ślubuję. Przyrzekam ci miłość, uczciwość i wierność, aż do śmierci.
- Moje serce z w zajemnością bije, oddało Ci się, Tobą tylko żyje. Ślubuję ci wierność, miłość i wieczność z tobą, kurde - Owen jak zwykle umiał wszystkich rozbawić, chociaż sam był śmiertelnie przerażony.
- Od teraz jesteście mężem i żoną. Możesz pocałować... - ksiądz nie zdążył dokończyć, kiedy Owen wziął Natashę w ramiona i namiętnie pocałował.
Wszyscy zaczęliśmy bić brawo.

*******

- Mamoooo, Nathie mi zabrał mochodzik - mój czteroletni synek spojrzał z wyrzutem na sześcioletniego brata.
- Evan, daj spokój kochanie. Macie tyle zabawek... Nathaniel zaraz ci go odda, jak się skończy bawić - wytłumaczyłam.
- Ale ja chcę teraz! - mały tupnął nogą.
- Nathan, możesz mu oddać tą zabawkę? Pobawisz się inną. dobra? - Michael zwrócił się do starszego syna.
- Oddam - powiedział Nath - ale coś za coś.
- Mały materialista - spojrzałam na Nathaniela - całkiem jak tatuś.
- Alex, ja bym tak nie uważał. Wygląd ma po tobie, to może charakterek też? - uśmiechnął się do mnie.
- Dobra, a co chcesz, Nath? - zwróciłam się do mojego aniołka.
- Kotka!
- Nie, nie, nie. Mamy Roxie, wspaniałego pieska, więc nam wystarczy. Nie ma mowy, już o tym rozmawialiśmy - Michael stanowczo proestował.
- No to chociaż chomicka! - krzyknął Evan.
- Masz dwóch braci, starczy ci! - Michael był nieugięty.
No tak, dwóch braci. Najmłodszy, roczny Gabriel spał właśnie w stercie zabawek obok starszych chłopców.
- Ale Nathaniel ma juz seść lat i chodzi do skoly, a Gabe jest za mały, zeby się z nim bawić! - protestował Evan.
Michael mocniej mnie objął i szepnął do ucha:
- Mamy trzech wspaniałych synów, ale mam nadzieję, że na tym koniec, ok?

*******

- Alex, mam córeczkę! - Natasha krzyknęła do mnie, gdy tylko weszłam do sali.
- Gratuluję, kochanie. 
Odsłoniła lekko kocyk.
- Popatrz, jaka jest słodka. Taka malutka... I ciągle się śmieje.
- Cały Owen - zauważyłam. - A jak ty się czujesz?
- Obolała, ale tak cholernie szczęśliwa - zaśmiała się cicho. - Gorzej z Owenem.
- Właśnie, dlaczego go tu nie ma?
Rozejrzałąm się po sali.
- Bo zemdlał i teraz muszą go ocucić. Jest taki... No, po prostu jest Owenem. Nie potrafię go zrozumieć. 
Pokręciła głową.
- A gdzie Mike? - zapytała.
- Siedzi w domu z dzieciakami - wyjaśniłam. - Nie miałam ich z kim zostawić, ale na pewno przyjedzie zobaczyć twoją malutką.
- No tak. Twój mały Gabe jest o rok starszy od mojej córeczki. To co, teraz obie będziemy chodzić na spacerki? 
- Nie mam nic przeciwko. Wybraliście już imię? - zapytałam.
- Maya. Owen chce ją nazwać Scarlet, ale będzie Maya. Maya Scarlet. Co o tym myślisz? - zapytała mnie.
- Świetnie.
W tej chwili otworzyły się drzwi i do sali wszedł Owen.
- Pokaż mi ją, zanim znowu zemdleję - uśmiechnął się niepewnie, zwracając się do Nat.

*******

- Chcecie poznać siostrzyczkę? - zwróciłam się do moich chłopców.
Ośmioletni Nathaniel, sześcioletni Evan i trzyletni Gabriel podeszli do mnie razem z Michaelem.
- Mamusiu, a jak ona cię będzie nazywać? - zapytał malutki Gabe.
- Carmen. Co ty na to, Michael? Po twojej mamie - uśmiechnęłam się do niego.
Już miał coś odpowiedzieć, ale Nathan mu przerwał.
- A tatuś mówił, że ma na imię "Ups!"
Spojrzałam na Mike'a z wyrzutem.
- Tak, Carmen bardzo mi się podoba. Śliczne imię - powiedział szybko.
- Tatusiu, ale mówiłeś, że... - teraz to Evan nie dawał mu spokoju.
Michael zakrył mu usta ręką.
- Każdy wie, że mnie nie wolno słuchać. Gadam głupoty!
"Ups!". No tak, naszej córeczki nie było w planach. Przypomniałam sobie słowa Mike'a sprzed dwóch lat.
"Mamy trzech wspaniałych synów, ale mam nadzieję,  na tym koniec, ok?"
Spojrzałam na mojego męża.
- Na tym koniec.

*******

Mama i Nicole pojechali już do domu, tak samo jak Susan i Johnatan. Uwielbiam święta.
Usiadłam na kanapie obok Michaela.
- O czym ty tak myślisz? - szturchnęłam go.
- O swoim życiu - pocałował mnie. - Zrobiłem dużo błędów, ale pięć rzeczy zrobiłem najlepiej, jak się dało.
- A o czym mówisz? - zapytałam.
- O ślubie z tobą, to po pierwsze. A pozostałe cztery doskonałe rzeczy siedzą pod choinką.
Spojrzałąm w tamtą stronę.
Nathaniel, mój blondwłosy anoiłek o błękitnych oczach, Evan, tak bardzo podobny do Michaela mały kombinator i Gabriel, który był bardzo podobny do najstarszego brata spali pod choinką razem z psem, pośród  porozrzucanych wszędzie zabawek i opakowań po prezentach.  
Za to roczna już Carmen siedziała obok nich i bawiła się wszystkim, co wpadło jej w ręce. Odrzuciła na bok pluszowego misia, po czym pisnęła radośnie i złapała karton, którym zaczęła bić w podłogę.
O ile chłopcy byli moimi aniołkami, to ona była małym diabełkiem, który nie przypominał wyglądem ani mnie, ani Mike'a. Rude loczki odziedziczyła chyba po moim ojcu, a jedynym szczegółem, który upodabniał ją do Michaela były zielone oczy.
- Masz rację, są doskonali. Wreszcie mamy spokojne życie i wszystko jest na miejscu. Szczęśliwy koniec - uśmiechnęłam się.
- To początek. Jeszcze dużo przed nami.


Pora zakończyć część pierwszą. Nie jestem w tym dobra. Ta część bloga mogła być czasami bezsensowna itd., ale to mój pierwsy blog, bo wcześniejsze historie leżą spisane w zeszytach pod moim łóżkiem, niewidziane przez innych. Mam więc nadzieję, że komuś się to podoba. Dziękuję czytającym, choć na pewno nie było ich wielu, ale kololowa98 czytała to od początku. Pozostałe osoby (Ania, Kinga, Sandra...) przychodziły i odchodziły, ale i tak dziękuję wszystkim! <3
Bo nie pisałam tego dla siebie, tylko dla innych ;*

poniedziałek, 9 września 2013

I znów później...

- A nie wolałabyć czegoś innego? Nienawidzę dramatów - poskarżył się Michael.
Pokręciłam głową ze śmiechem.
- A ja uwielbiam ten film. I jeszcze jedno słowo, a ja ci dramat taki zrobię, że popamiętasz! Wczoraj oglądaliśmy ten głupkowaty horror, dziś ty się męcz!
- Dobra, już dobrze - uniósł ręce w geście poddania. - Idę zrobić popcorn.
Zaśmiałam się cicho.
Zaczęłam oglądać te głupie reklamy, których zawsze pełno w telewizji i tak sobie myślałam o wszystkim i o niczym.
- Michael, przynieś mi jeszcze jakieś cukierki, dobra? Zjadłabym coś słodkiego!
- Jasne mała, za chwilę przyjdę! - odkrzyknął z kuchni.
Boże, jak mi niewygodnie. Brzuch mnie boli.
Poprawiłąm się na kanapie.
- Kochanie, idziesz, czy nie? Zaraz się zacznie!
- Już, już.
Dobra, nie to nie. Czekałam na ten film. Boże, jak mnie boli brzuch. O nie! Nie, nie, nie...
- Michael, zaczyna się! - krzyknęłam.
- Dobra, idę. Już niosę popcorn i cukierki...
- Ale ja nie mówię o filmie. Chyba będę rodzić.
- Co? Poczekaj tu! - poleciał do sypialni i wrócił ze swoją komórką.
- Co ty robisz? - zapytałąm zdziwiona.
- Na pogotowie dzwonię! Po karetkę!
- Odbiło ci, do cholery! Zawież mnie po prostu! - coraz bardziej się denerwowałąm.
Co on robi? Po prostu czuję, że boli mnie brzuch i mam lekkie skurcze.
- Dobra, zaraz przyjadą. Wytrzymasz? - spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Nie, urodzę na dywan - odspowiedziałąm z sarkazmem.
Zrobił przerażoną minę.
- I po co dzwoniłeś na pogotowie?
- Alex, ja panikuję! To co, zawieżć cię?
- Teraz to już czekaj.

- No, ja to myślałem, że my na pępkowe przyjedziemy! - jeden z lekarzy klepnął Michaela po plecach. - Uspokój się chłopino, bo zaraz ciebie będzie trzeba na noszach wynosić, a mamy tylko jedne, dla ciężarnej!
- Nie będziecie mnie nieśli na noszach - nie zgodzę się na to.
- Oj panienko, nie utrudniaj. Jak już przyjechaliśmy, to się kładź.
- A co to ja, iść nie mogę? - zapytałam zirytowana. - Daj mi przejść.
Przepchnęłam się obok drugiego lekarza i poszłam do karetki.
- Zawieziecie mnie, czy mam się sama zawieźć? - krzyknęłam do facetów i Michaela.
- Ona to zawsze taka nerwowa? - zapytał jeden z nich.
- Przeważnie. Ale ja to jestem przerażony - wyznał im Michael.

I jak się podoba? Takie ta-dam będzie w następnym rozdziale, okaże się, czy chłopiecz, czy dziewczynka... I jakie imię? Macie propozycje? Jesteście ciekawi reakcji Mike'a? xD

piątek, 6 września 2013

Rok póżniej...

Rok później

Westchnęłam głęboko. Zabiję gada.
Wzięłam dwie doniczki ze szczątkami kwiatów z okien w sypialni i ruszyłam do salonu.
Mike właśnie oglądał telewizję. Świetnie.
Stanęłam przed nim tak, że zasłoniłam mu cały ekran telewizora. Odchylił się w prawo dalej oglądał jhakiś głupkowaty film. I ja się przesunęłam, żeby znowu mu zasłonić.
Wyłączył telewizor i westchnął.
- Kochanie, chcesz mi coś powiedzieć, czy pogadamy na migi? - zapytał wreszcie.
- Skarbie, wiesz, co to jest? - zapytałam niewinnie, wręczając mu jedną z doniczek.
- No... Eee... Ten... Nie znam się na kwiatach, Nie znam nazwy.
Przyjrzałam mu się sceptycznie.
- Nie chodzi mi o nazwę kwiatu. Chodzi o to, jak on wygląda. Wiesz kochanie, co to jest? - wskazałam na jedną z uschniętych części kwiatu.
- No łodyga, nie? - zapytał, zbity z tropu.
- No właśnie nie. To była łodyga. Ale teraz to jest badyl. Uschnięty. A powiedz mi Misiu, podlałeś je, kiedy prosiłam cię o to tydzień temu?
- Wyleciało mi z głowy. Ale te kwiatki są jakieś badziewne. Przecież podlewałaś je jakoś dwa dni przed tym, jak poprosiłaś o to mnie. I uschły w tydzień? Do bani takie coś.
- Michael, to są roślinki. A jakbyśmy mieli psa czy kota, to co, myślisz, że jakbyś go zapomniał karmić przez ponad tydzień, to by żył?!
- Nie wiem, nigdy nie próbowałem - parsknął śmiechem. - Nie denerwuj się. Ostatnio strasznie nerwowa jesteś.
Złapał mnie za ręce i pociągnął na siebie, po czym wziął mnie na kolana.
Ale ja wiedziałam, dlaczego jestem nerwowa.
Byłam już na sto procent pewna.
Wtuliłam się w niego jak małe dziecko.
- A co powiesz na wypad do restauracji wieczorem? Najpierw kolacja, później obgadamy kilka spraw... - zaproponował Mike. - To jak? Dasz się zaprosić? - zaczął mnie łaskotać.
- Czemu nie? - zaśmiałam się.

Michael odsunął przede mną krzesło. Usiadłam i zaczęłam przeglądać kartę dań, w poszukiwaniu czegoś do picia.
Postanowiłam, że powiem to Michael'owi. No bo muszę, co nie?
- Poproszę czerwone wino, dla mnie i dla narzeczonej. Alex, chcesz coś jeszcze? - zapytał Michael, kiedy kelner przyszedł przyjąć zamówienie.
Wpadłam na genialny pomysł.
- Nie powinnam pić alkoholu. Ale poprosiłabym wielki kawałek tortu. I sok porzeczkowy.
- Coś jeszcze? - zapytał kelner.
- A macie ogórki kiszone?
Facet przyjrzał mi się lustrująco, ale ja cały czas patrzyłam na Mike'a. Na jego reakcję.
Ale nie było żadnej.
- Nie no, na pewno? - facet parsknął śmiechem. - To standard dla kobiet w  ciąży.
Przeniosłąm wyzywający wzrok na Michaela. Nic.
- Nie, nie będę jadła tego świństwa. To i tak nic nie da. Tylko sok poproszę - odesłałam kelnera.
Nie domyślił się! Cholera, to co mam jeszcze zrobić?
Przez całą kolację siedziałam zamyślona. Nie odzywałam się prawie wcale. Michael kilka razy wypytywał, czego jestem taka milcząca, więc udawałam, że jest normalnie.
I co, jak ja mam mu to powiedzieć? "Michael, lubisz dzieci? Bo za parę miesięcy jedno będzie twoje."?
Wreszcie kolacja się skończyła, a Mike zaprosił mnie na spacer po pobliskim parku.
- Wiesz, chciałbym o coś zapytać... - zaczął.
- Nie Michael. Ja też muszę ci coś powiedzieć...
- Najpierw ja - uprzedził szybko. - Jesteśmy już zaręczeni od dawna, teraz wszystko się uspokoiło... To kiedy się pobierzemy? - zapytał z uśmiechem, jak gdyby pytał o coś najbardziej naturalnego na świecie.
No dobra. Teraz albo nigdy.
- Kochasz mnie? - wypaliłam.
- Jasne, tylko ciebie. Co to za pytanie?
- Bo nie powinieneś kochać tylko mnie. Będziesz musiał pokochać jeszcze kogoś innego... - czekałam na jego reakcję.
- Alex, co ty pleciesz? - zapytał zdziwiony. - Co ty wyprawaisz?
- A ty to się wogule nie odzywaj, bo ty współwinny jesteś - prychnęłam. - W ciąży jestem, no!
Zamurowało go. A potem przyciągnął mnie do siebie i mocno objął.
- Alex, to wspaniale. Dlaczego tak się denerwujesz?
Ufff, łatwo poszło, odetchnęłam.
- Bo to co innego niż ganianie z pistoletem za debilami. Nie potrafię...
Złapał mnie za podbródek i odwrócił tak, że patrzyłam mu prosto w oczy.
- Poradzimy sobie - uśmiechnął się delikatnie. - Jesteś najlepsza.
Pocałował mnie długo, delikatnie.
- Teraz rozumiem ten cały cyrk w restauracji! Tort i ogórki?
- Chyba żartujesz! Chciałam, żebyś się domyślił - wyjaśniłam.
- No wiesz, jestem trochę ograniczony. Na to to ja bym w życiu nie wpadł.

I jak wam się podoba? ;) Chyba trochę przesłodziłam. Taa, przesłodziłam na bank. To krwawa masakra powinna być, a nie! Co się ze mną dzieje? Ja się staję romantyczką? Boże, tylko nie to...
PS. Chcecie chłopca czy dziewczynkę? I jak na imię? <3 I jeszcze jeden, a może kilka rozdziałów o naszej kochanej parce, a już niedługo trójeczce chcecie? :D
PPS. Oprócz drugiej części, którą mam zamiar pisać regularnie, założyłam nowego bloga. Nie ma jeszcze rozdziałów, ale jutro coś dodam, bo dzisiaj nie dam rady już.

http://world-by-anabell.blogspot.com/

Chcę przeprosić

Obudziło mnie jakieś stukanie.
- Michael, przestań - szturchnęłam go.
Zerwał się.
- Co? Co ty mi robisz? - wymruczał.
- Chyba raczej co ty robisz. Przestań stukać, bo spać nie mogę.
Znou rozległo się pukanie.
- To nie ja - zasłonił się cały kołdrą i położył z powrotem.
A coś nadal stukało.
Sięgnęłam po szlafrok i rzuciłam okiem na zegarek. 4:27 nad ranem. Wyszłam z sypialni i skierowałam się do korytarza. Ktoś pukał do drzwi. Tak mocno, jakby chciał je wywarzyć.
Uchyliłam lekko drzwi, cały czas będące zabezpieczone łańcuszkiem od zamka.
I zamarłam.
- Czego tu chcesz?! - warknęłam.
- Alex, chciałam cię prze...
- Wiesz, powiedziałabym że mam normalne życie i nie pozwolę ci go spierzyć. Ale nie mam normalnego życia, i i tak nie tak nie dam ci go spieprzyć. Wynoś się! - krzyknęłam i zaraz opanowałam się, aby nie obudzić Mike'a.
Ale chyba si ę nie udało.
- Alex? - usłyszałam głos Michaela. - Co się tam dzieje?
- Nic! - krzyknęłam.
Michael wyszedł na korytarz i podszedł do mnie.
- Kto to?- podszedł do mnie.
- Nikt! - zatrzasnęłam drzwi i poszłam do kuchni.
Usiadłam na krześle i wzięłam w ręcę kubek. Nalałam do niego soku z dzbanka stojącego na stole.
A w tym czasie Michael wszedł z nią do kuchni.
- Czego chcesz, Sonya? Nie możesz zostawić mnie w spokoju?
- Jak już mówiłam, chcę przeprosić. Obserwowałam was od kilku dni... - zaczęła.
- To byłaś ty?!
- Chciałąm się upewnić, czy nic wam nie grozi. Ale jak na razie to tylko mnie śledzili.
- Cóż za troska - zakpiłam. - Trzeba było pomyśleć zanim nas w to wszystko wpakowałąś... - wstałąm i podeszłam do niej. - Oszukałąś mnie, od początku to robiłaś. Naraziłaś nas wszystkich. Ty myślisz, czy co? A ty co nic nie mówisz?! - zwróciłam się do Michaela.
- No bo ja... Eh... - Michael nie wiedział co powiedzieć.
- A zresztą, lepiej to się nie odzywaj - machnęłam ręką.
Otworzył usta, zamknął je i znów otworzył. Ale po chwili zdecydował się jednak nic nie mówić.
- Nie chcę cię zdenerwować. Chcę przeprosić. Wiem, co zrobiłam. I wiem, że mnie nienawidzisz. Ale ja niczego nie udawałam. W naszej przyjaźni. Przepraszam.
- I czego oczekujesz? Że wystarczy przyjść do mnie w środku nocy i przepraszać?
- Tak? - spojrzałam na nią z niedowierzaniem. - Nie? - pokręciłąm głową.   - No jasne, oczywiśćie, że nie!
Nie wiedziałam, co myśleć. Co robić.
- Idź mi stąd.


No dobra, nasz końcowy rozdział! Nie wiem, czy wyczekiwany, czy nie, ale dochodzimy do końca. Namieszałam, ale to nie przes swoją głupotę, tylko przez zmianę planów. Miałam porwać Mike'a, a Alex miała go ratować i na końcu mieli zginąć oboje. Ale kocham happyendy, więc zmieniłam plany i wpieprzyłam tu Sonyę. Jak wszyscy żyją, to dlaczego Sonya ma być gdzie indziej? I jak myślicie, pogodzi się z Alexandrą???

środa, 24 lipca 2013

Prowokacja

Uff. Nasza lodówka świeci pustkami i rachunki są nieopłacone.
Trzeba wziąć się w garść i jechać do sklepu i banku. Ale ganiając za przestępczością nie ma na to czasu.
No cóż, złapałam za kluczyki do samochodu i obrałam za cel pierwszy większy sklep w mieście. Jako, że moja lista zakupów miała chyba z pół metra bardzo długo zeszło mi w sklepie, ale wreszcie dotoczyłam się do kasy z dwoma pełnymi sklepowymi wózkami.
Następny cel; bank.  Trzeba jechać.
Ale nie ujechałam daleko, bo złapałam gumę i zjechałam na pierwszy lepszy parking.
- Cholera jasna! Zaraz mnie szlak trafi! Jakie jeszcze świetne rzeczy mnie dziś czekają?!
Ja pierdziele. Mike'a nie było, pojechał do Johnatana. I co ja mam zrobić?
Obeszłam samochód naokoło i zajrzałam do bagażnika, wyciągając oponę i wszystkie potrzebne narzędzia.
Czułam się jak durna kobitka z reklamy, która majstruje przy samochodzie w sukience. Prychnęłam i zabrałam się do roboty.
Już prawie skończyłam, gdy usłyszałam dźwięk robionego zdjęcia. Obróciłam się i zobaczyłam jakiegoś faceta z aparatem w dłoni.
- Pogięło cię? - zapytałam nieuprzejmie.
- Wiesz, chcę mieć pamiątkę. Laska zmieniająca koło w samochodzie to rzadki widok - parsknął. - Oprawię to zdjęcie w ramkę i pokarzę mojej dziewczynie.
- Masz dziewczynę? Przekażesz jej moje kondolencje?
Skrzywił się.
- Ale jesteś nieuprzejma. Nic dziwnego, że nie masz faceta - stwierdził.
- Wypchaj się, debilu.
- Mówię, co myślę. Bo niby dlaczego to ty się męczysz z oponą?
Miałam dość jego pieprzenia, więc wróciłam do pracy przy aucie.
- Źle to robisz - usłyszałam po chwili.
Wstałam i podeszłam do tego idioty.
- Boli cię głowa? - zapytałam troskliwie.
- Niee...
Był trochę zdziwiony moim pytaniem.
Z całej siły uderzyłam go w twarz.
- A teraz?
- Ty suko! Nienormalna jesteś?!
- Ponoć normalna, ale nigdy nic nie wiadomo. Spierdalaj! - zaśmiałam się i zabrałam z powrotem za kończenie zmieniania opony.
Usłyszałam kilka przekleństw, gróźb pod moim adresem i wreszcie palant zniknął.
Skończyłam i pojechałam do banku.
Poczułam mrowienie na karku. Obróciłam się, ale nie zauważyłam nikogo. Dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje zniknęło, gdy weszłam do banku.
Zrobiłam przelewy i wyszłam.
Znowu poczułam się obserwowana, ale znów nie zauważyłam nikogo.
Postanowiłam to sprawdzić i ruszyłam w głąb miasta najbardziej odludnioną uliczką. Co by o tym powiedział Mike? Głupie narażanie się i prowokowanie napastnika. Ale musiałam to sprawdzić.
Po chwili do uliczki wszedł osobnik w ciemnej bluzie i z kapturem naciągniętym na głowę.
Obróciłam się i zaatakowałam go, przygniatając do muru. Kaptur spadł i zobaczyłam twarze Seana.
- Rany, Alex, wyluzuj! Co cię napadło?
- Nie co, tylko kto! Dlaczego mnie śledzisz?! - warknęłam.
- Zobaczyłem cię na mieście i pomyślałem, że podejdę zagadać... Ale to był zły pomysł. Puść mnie!
Pokręciłam głową.
- No na serio! Zobaczyłem cię pod sklepem i ...
Gubi się w zeznaniach. Coś kręci.
- To w sklepie czy na mieście? - zapytałam.
- Jeden ciul! Puszczaj!
- Sean, kochanie, dlaczego mnie śledzisz?
Zamilkł na chwilę.
- Bo Mike mi kazał! - wykrzyczał w końcu.
A, no i wszystko jasne. Dało radę przyznać, że to... Zaraz, zaraz, ŻE CO?
- Michael ci kazał?! Pogięło was?! O co tu chodzi?
- No bo... Ten, no...
- Nie kręć! - położyłam mu rękę na szyi. - Gadaj!
- Sprawdzam, czy nikt inny tego nie robi! Czy cię nie śledzi!
To mnie zaskoczyło. Puściłam chłopaka.
- Dlaczego ktoś miałby mnie śledzić? - zapytałam zdezorientowana.
- A ja wiem? Gdyby tak było, nie łaziłbym za tobą cały boży dzień.
- Mike kazał ci to robić? Dlaczego?
- On mnie zabije... - zaczął.
- Gadaj, albo ja cię zabije!
- Ale mam wybór - prychnął.
- Sean, do cholery! Nie pogrywaj ze mną! O co tu chodzi?!
Westchnął.
- Kilka dni po schwytaniu Casimira Mike zauważył, że ktoś was śledzi, gdy jesteście razem. Dlatego dziś się rozdzieliliście i ja miałem pilnować ciebie. Żeby zobaczyć...
- Za kim pójdzie obserwator - dokończyłam.
Skinął głową.
- Kiedy ci o tym powiedział?
- Niedawno. Jak prosił mnie, żebym cię pilnował i mówił, że zrobi ci niespodziankę i wyjedziecie na kilka dni, żebyśmy my mogli złapać tego, kto cię śledzi.
Yyy, że zrobi mi niespodziankę? I wyjedzie ze mną, bym znalazła się jak najdalej od tego, kto mnie śledzi? I nic mi nie powie? Nikt?
- Niespodzianka? Wyjazd bez powiedzenia mi prawdy?
-  A ja zawsze za dużo mówię! - pacnął się w czoło Sean. - Miałem się upewnić, że chodzi o ciebie i mieliśmy ci pwiedzieć. Ty miałaś zdecydować o wyjeździe. Bo to jednak ciebie śledzą.
- A ty wiesz gdzie on teraz jest? - skinął głową. - To dzwoń po niego. Natychmiast.

Siemka moi kochani! ;* Dzisiejszy dzień to chyba jeden z najbardziej zwariowanych dni wakacji! Bedzie co wspominać <3 A co do rozdziału, to jak się podoba? Teraz zaczyna się ostatnia akcja :( Szkoda mi naszych detektywów, ale życie Nicole jest dużo ciekawsze, zobaczycie... Jeśli dam radę opisać to, co dzieje się w mojej wyobraźni... To będzie bestseller! Nie mogę się doczekać, kiedy poznacie prawdziwą Nikki i... kogoś ^^

poniedziałek, 22 lipca 2013

Przesłuchania

Cholera. Znowu te głupie papiery. Bycie detektywem było odlotowe, a szczególnie praca z moją ukochaną ekipą  to było to.
Ale dlaczego po każdej zamkniętej sprawie czeka stos różnych papierów i dokumentacji?!
Naraz poczułam, że ktoś lekko stuka mnie w plecy.
- Skończyłaś? - zapytał mnie Michael.
Jako że uparłam się pomóc Michael'owi w jego obowiązkach szefa, siedziałam właśnie w sypialni na łóżku, po którym walały się papiery.
Ściągnęłam słuchawki z uszu, nie wyłączając jednak muzyki.
- Tak, ostatnia strona... Jakie to nudne. Współczuję ci.
- Taa, nie jest ciekawie. Czego słuchasz?
Podałam mu jedną ze słuchawek.
- Simple Plan - rzuciłam nazwę zespołu, porządkując papiery.
- "Sorry, I can't be perfect"? - zapytał, z uniesioną brwią.
- Przynajmniej nie śpiewają o jakiś pierdołach, tylko o prawdzie.
- Dla mnie jesteś jak najbardziej perfekcyjna - stwierdził.
- Ale ty jesteś zaślepiony - dałam mu buziaka i zaniosłam stosik papierów na komodę.
Zastanowił się chwilę.
- Powiedz mi, co lubisz?
Zaskoczył mnie tym pytaniem, więc nie bardzo znałam odpowiedź.
- A konkretniej? Bo wiesz, jest dużo rzeczy.
Usiadłam obok niego na  łóżku.
- Muzyka? Rozumiem, że Simple Plan jest na liście?
- Oczywiście, tak jak Nirvana, Rihanna, Within Temptation i przede wszystkim Skillet i Rise Against. Dlaczego pytasz?
Nie odpowiedział.
- A kwiaty?
- Czerwone róże i tulipany, czarny bez - odpowiedziałam na następne pytanie.
- A ...?
Mike już miał zadać następne pytanie, ale mu przerwałam.
- Dlaczego zadajesz takie banalne pytania? - wypaliłam.
- Banalne? A o co powinienem pytać?
Zastanowiłam się.
- Większość osób od razu po  kilku pytaniach o ulubiony kolor, muzykę, po stylu ubierania i bycia szufladkuje ludzi. Ale to nie jest dobre. Bardziej nadające się pytania to: co jest dla ciebie najważniejsze, z jakim marzeniem budzisz się co rano, jak chciałbyś żyć,  czy wolisz nocny księżyc czy ciepłe słońce, dlaczego robisz to, co  robisz i co cenisz u innych - wymieniałąm kolejno.
Zaciekawiłam go tym, bo zapytał:
- I o to byś zapytała człowieka, którego najbardziej chciałabyś poznać?
- Tylko po głębi człowieka, jego duszy można go naprawdę poznać. Dlaczego o to pytasz?
Znów nie odpowiedział. Interesowało go wszystko, lecz nie zwracał uwagi na moje ostatnie pytanie.
- Więc odpowiedz mi na te pytania - poprosił, przyciągając mnie do siebie.
Położyłam mu głowę na piersi.
- Najważniejszy jesteś ty - uśmiechnęłam się i dotknęłam jego twarzy. Przewrócił oczami. - I tak szczerze... Nie marzę o wielkiej karierze, pieniądzach czy innych przyziemnych rzeczach.  Marzę o cudzie. O budzeniu się codziennie obok ukochanego, o szczęśliwym życiu u jego boku, prawdziwych przyjaciołach  i innych powodach do życia - odpowiadałam najlepiej jak umiałam.
- To jest normalne marzenie większości.
- To cud. I ja już go doświadczyłam - znowu zaśmiałam się  cicho.
- Mów dalej.
- Chcę żyć po swojemu. Bez zbędnych ludzi wpychających nos w moje sprawy. I z tobą u boku - Michael się uśmiechnął. - I zdecydowanie wybieram noc. Cichą, spokojną i ulotną. I cenię szczerość, uczciwość i upór; brnięcie do celu.
Wzruszyłam ramionami.
- Po co o to pytasz? - zapytałam z nadzieją, że teraz nie zignoruje pytania.
- Żeby wszystko było idealnie - szepnął.
- Teraz to ja cię nie rozumię.
- No, Sherlocku, i raczej nie zrozumiesz. Planuję niespodziankę.
- Jakaś okazja? - zapytałam.
- Żadna. Zobaczysz - mrugnął do mnie.

Taki zagadkowy i refleksyjny rozdział.
No dobra, przyznaję - przeciągam jak najdłużej mogę, bo po kolejnej akcji i jeszcze kilku najlepszych pod słońcem rozdziałach z przyszłości naszej ekipy będzie koniec. I mimo iż będzie Nicole i jej zwariowane, powikłane i tajemnicze życie tak bardzo szkoda mi zostawiać Alex i Mike'a... 
I od razu przepraszam, jeśli rozdziały nie będą dodawane systematycznie, ale już jestem jak ZOMBIE. Nie śpię prawie wcale i cały czas podkrążone oczy... Nie da się dobrze bawić, zarabiać i nocować w namiocie z koleżankami jednocześnie, bo daje to zero snu. 
A ponoć wakacje są od odpoczywania?

czwartek, 18 lipca 2013

Dziki kwiat

- Au, cholerka, możesz mnie puścić? - zapytałam Michael'a, gdy ten zamknął mnie w ramionach.
Złapał mnie za ramiona i odsunął się o krok, by mi się przyjrzeć.
- Złamania? - zapytał.
- Brak.
- Zwichnięcia, obtarcia?
- Niee.
- Jakiekolwiek uszkodzenia?
- No... Nie.
- Siniaki?
- Michael! - wydarłam się i odepchnęłam chłopaka.
- Czyli kilka - wydedukował.
Weszłam szybko do busa, a Mike za mną.
- Alex, czy ty w ogóle wiesz...
- Nie, cicho! Tak, wiem, jestem nieodpowiedzialna, irytująca, nieposłuszna, głupia, pomylona, masz mnie dosyć i jesteś na mnie tak cholernie  wściekły, bo pimimo, że prosiłeś żebym nie robiła nic głupiego to przez moją chorą ambicję pakuję się w kłopoty i nie zdziwiłabym się, gdybyś miał dosyć mnie i tego, że nie szanuję twojego zdania i uważał mnie za mega nadętą, wredną sukę, więc teraz możesz się na mnie drzeć ile chcesz.
Zagryzłam wargę i przygotowałam się na wykład o mojej głupocie.
A tu... Nic. Cisza.
- Powiedz coś.
Dalej nic.
- Michael?
Spróbowałam go szturchnąć. Złapał mnie za rękę i przytrzymał. Dalej milczał.
- Cholera, mowę ci odjęło? Dobra, zachowałam się nieodpowiedzialnie i lekkomyślnie, ale to ty teraz dziecinnie milczysz. No, Mikey, proszę...
Zamknął mi usta namiętnym pocałunkiem. I chyba bardziej wolałam, by używał ust do całowania mnie, niż mówienia...
Po chwili oderwał się ode mnie, dysząc.
- Niech cię, dziewczyno...  Jesteś nieodpowiedzialna.
Pokiwałam twierdząco głową.
- I odważna, jak nikt, kogo znam.
- Ja znam kogoś lepszego. Ciebie.
Pokręcił głową.
- Ludzie... Ludzie się mylą. I ja też. Ale to przez to, że za bardzo cię kocham i boję się o ciebie.  Chciałem  cię zawsze trzymać przy sobie i chronić. Dalej chcę, bo jesteś dla mnie najważniejsza. Ale gdy zobaczyłem dziś ciebie... W akcji, szczęśliwą, gotową do walki i ciągle czujną zrozumiałem, że nie mogę cię zatrzymywać.  Zrozumiałem, że to właśnie w tym dzikim kwiecie się zakochałem. Rozkwitasz na moich oczach - pogładził mnie po policzku.
- Rozkwitam dzięki tobie.
- Nie. Ty... Jesteś sobą. Nie potrzebujesz nikogo, by żyć i pomagać żyć innym. Nie potrzebujesz mnie, nikogo innego...
- Potrzebuję cię najbardziej na świecie, bardziej od powietrza - zapewniałam, nie wiedząc, do czego zmierza wypowiedzią.
- Radziłaś sobie przez te wszystkie lata niemal sama. Oszukiwana przez  każdego wciąż dążyłaś do prawdy. Nigdy nie przestałaś wierzyć. I udało ci się.
- Dzięki wam. Dzięki tobie.
-  Dzięki temu co masz tutaj - dotknął mojej skroni - i tutaj - przeniósł dłoń na miejsce tuż nad sercem. - Ale ja zawszęe będę z boku, niewidzialny jak cień. Jak twój stróż.
- Jesteś moim aniołem - pocałowałam go.
Usłyszeliśmy szamotaninę i do auta weszła nasza rozwrzeszczana, patologiczna rodzina.  Którą mimo wszystko tworzyliśmy.
- Ej no, moglibyście sobie darować  to całe buzi buzi na naszych oczach? Byłoby dużo łatwiej, gdybyśmy nie musieli udawać, że nam to nie przeszkadza. Obściskujcie się gdzie indziej - powiedziała stanowczo Natasha.
- Gdzie ten palant? - zapytałam.
- A gdzieś się tam rzuca po tyle busa - zaśmiał się Owen.
Sean milczał i tylko pocierał rękę.
- Dziurę w niej wytrzesz - ostrzegł Mike. - Stary, co z tobą?
Owen parsknął śmiechem.
- Bezbłędny rycerz - wyszczerzył się.
- Chciałem potraktować tego dupka paralizatorem, bo jak go zakneblowaliśmy i skuliśmy to wyrwał mi przepaskę, zanim  założyłem mu ją na oczy. Ale że tak się rzucał, to włożyłem mu na głowę worek.
Uniosłam pytająco brew.
- A co ma do tego tarcie ręki?
- No bo jak go skuwałem, to mnie kopnął.
- W rękę? - zapytałam.
- W brzuch - parsknęła Natasha.
Dalej nie rozumiałam i tępo się w nich wpatrywałam, myśląc, że przegapiłam istotny szczegół.
- No i chciałem go paralizatorem potraktować. Ale trzymałem go nie tą stroną i to mnie prąd pokopał.
- Sparaliżowało go na kilka minut - Nat dalej się śmiała.
- Stary, taki mięczak z ciebie? To przecież niskie napięcie.
- Ale jak mi rękę poprądziło, to mi się skurcz w ręce zrobił i nie mogłem puścić tego paralizatora. I ja tak go trzymam, a to mnie tym prądem telepie i ja tego wypuścić z rąk nie mogę - wytłumaczył Sean.
- Dopiero my musieliśmy mu to z tej ręki wyrwać - zaśmiała się Nat.
- Ale był ubaw - dodał Owen.
- Jak dla kogo - Sean dalej był oburzony.

Siemka kochani!
Od razu przepraszam za to nieregularne dodawanie rozdziałów, ale nie mam czasu. Moja skarbonka świeci pustkami i biorę się do roboty, wakacje są od zarabiania przecież!
Więc nie wiem, czy rozdziały będą systematycznie, ale prawdopodobnie dodam w poniedziałek.
Pa ;***
Asia, udało mi się ciebie zaskoczyć? :P

wtorek, 16 lipca 2013

Zniszczona sukienka

- Jeśli coś pójdzie nie tak, po prostu się wycofaj. Coś z ochroniażami, z środkiem nasennym, z Casimirem, obojętnie z czym... Po prostu zakończ akcję i wyjdź - tłumaczył po raz setny Michael, gdy siedzieliśmy wszyscy razem w busie przecznicę dalej od nocnego klubu.
- Nic się nie martw, Mikey, zero paniki - uspokajała go Natasha. - Zobaczymy to co ona, dzięki soczewkom - zaśmiała się.
Miała naprawdę świetny pomysł  z tymi soczewkami. I z całym tym sprzętem, który zajmował busa.
- Powinnam już iść - spojrzałam na zegarek.
- Zaczekaj! - krzyknął Mike. - Jeszcze coś!
- Tak? - zapytałam zirytowana.
Nastawiłam się na coś w stylu : "Ale uważaj!", "Zabiję cię, jęśli ci się coś stanie!" lub "Na twoją odpowiedzialność!", ponieważ słuchałam tego przez cały dzień, dlatego zaskoczyło mnie, gdy powiedział:
- Pięknie wyglądasz.
- Następnym razem ciebie na misję wyślemy w kiecce i 20 centymetrowych szpilkach - odgryzłam się.
- Wiesz, na tobie to mi się podoba, ale na mnie... - zaśmiał się.
Widziałam, że próbował żartować, ale się martwił. Cieszył się jedynie, że będzie widział każdy mój ruch i wszystko słyszał.
Wyszłam z busa i przeszłam tą przecznicę do klubu.
Na moim ramieniu spokojnie kołysała się torebka z gazem łzawiącym w buteleczce perfum, ładunek do rozwalania zamków w szmince, mały pistolet w kosmetyczce, którego kule rozpuszczały się we krwi powodując niemiłosierny ból i wreszcie środek usypiający w kapsułce na ból głowy. Wszystko genialnej produkcji Natashy.
Przeszukana przez ochroniarza w wejściu od razu zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu, tak, jak kazała Natasha.
- Widzisz go? - szepnęłam.
- Koło baru. Czarna koszula, spodnie, skóra, ciemne okulary. Po bokach dwóch ochroniaży i panienka w czerwonym.
- Przyjęłam. Idę tam.
Ruszyłam w stronę baru. Po drodze przyglądałam się mojemu celowi, mógł być w wieku Johnatan'a. A dziewczyna obok niego? Na pewno nie miała nawet 20. Boże, następna chętna za działkę?
Pospiesznie odgoniłam od siebie tę myśl i zmusiłam się do uśmiechu, gdy siadałam za barem. Casimir przyglądał mi się podejrzliwie.
Obdarzyłam go uśmiechem najładniejszym na jaki potrafiłam się zdobyć, mimo, że w głębi serca chciałabym go po prostu zabić.
Odesłał swoją dziewczynę i jednego z ochroniarzy i podszedł do mnie.
- Sama w takim miejscu? Tu może być... groźnie? - zagadnął.
- Chyba się nie boję. Do tchórzliwych nie należę. Ty jesteś...? - zapytałam.
- Casimir. To moja buda. Tak jak wszystkie laski w środku - mrugnął do mnie.
Zrobiło mi się niedobrze, jednak zmusiłam się do utrzymania uśmiechu.
- I właśnie do tych lasek jest ci on potrzebny? Do pomocy? - wskazałam na ochroniarza za nim.
- Alex, wiem, że to wstrętny typ, ale nie denerwuj go! Niech coś zamówi - podpowiadała Nat.
- Wyszczekana. Lubię takie - zaśmiał się i położył mi dłoń na ręce. Szybko ją zabrałam.
- Co jest tu specjalnością? - zapytałam barmana.
- Och, Jack Daniel's jest tu najlepszy - posspieszył z odpowiedzią Casimir. - Chyba że nie chodziło ci o alkohol? - znowu do mnie mrugnął.
Ten skurwysyn się do mnie przystawia? Wolne żarty. Już wyobrażam sobie minę Mike'a.
- Jak najbardziej o alkohol - w alkoholu szybciej działa środek usypiający, pomyślałam.
Parsknął śmiechem.
- Dwa razy Jack Daniel's - zamówił.
Od razu dostaliśmy drinki.
Pogrzebałam pod ladą baru w torebce i znalazłam małą kapsułkę.
Zadzwonił telefon Casimira.
- Pozwolisz, że odbiorę? - zapytał.
- Jasne.
Odebrał i odszedł kawałek, jego ochroniarz za nim.
- Ok, teraz! Owen zagada go na kilka chwil! - rozkazałą Natasha.
Szybko sprawdziłam, czy nikt nie patrzy i wrzuciłam kapsułkę do jego drinka.
Po chwili on i jego ochroniarz podeszli.
- Jakieś bachory robią sobie głupie żarty - prychnął, siadając.
Wziął w dłonie swojego drinka i już miał upić łyk, gdy nagle zapytał:
- A jak ty się nazywasz? Nie przedstawiłaś się jeszcze.
- Carla Joseph. Znajoma Ian'a Barymore'a.
Odstawił drinka.
- Co tam u niego? Słyszałem, że...
Nieporadny barman przewrócił jego drinka, który się wylał.
- Cholera, idioto! Wiesz, co zrobiłeś?! Ja pier...
- Hej, spokojnie - zaśmiał się Casimir. - Nic się nie stało.
- Alex? - zapytała Natasha. - To był jego drink, ten z środkiem usypiającym?
Spojrzałam na Casimira wycierającego mokrą plamę z koszuli.
- To... Nie. To był mój drink - skłamałam cicho.
Tej akcji nie pozwolę spieprzyć.
Casimir spojrzał na moją zatroskaną minę.
- Coś nie tak?
- Nie, po prostu... Duszno tu. Idziemy na zewnątrz? - wypaliłam.
- Jasne - wstał. - Robert, idziemy sami - powiedział do ochroniarza, który ruszył za nami. - Nie potrzebuję pomocy.
Odeszliśmy kawałek w kierunku tylnych drzwi.
- Alex, co ty wyprawiasz?! - usłyszałam głos Natashy.
- Nic - szepnęłam.
- Słucham? - zapytał Casimir, dziwnie mi się przyglądając.
- Nie, nic...
Popchnął mnie na ścianę i wyjął nadajnik zza ramiączka sukienki. Uderzyłam go w twarz.
- Suka! Skąd jesteś?! FBI? CIA?
- Z twoich koszmarów - uderzyłam go w brzuch i wypchnęłam za drzwi.
Złapałam nadajnik i przyłożyłam do ucha.
- Alex?! - usłyszałam Michael'a.
- Spokojnie, małe komplikacje...
- Alex, do cholery...
Dostałam prosto w twarz i poczułam, jak krew cieknie mi z nosa. I cios w plecy. W brzuch.
Jednak utrzymałam się na nogach po jeszcze kilku ciosach i wreszcie kopnęłam tego palanta.
Padł na ziemię i nie mógł się ruszyć. Zaraz, zaraz... Co Nat mówiła mi zanim tu przyjechaliśmy? Że mam paralizator w obcasach? Ale czad!
Złapałam nadajnik leżący niedaleko mnie.
- Podjedźcie przed tylne wejście klubu. Mam dla was prezent - szturchnęłąm nogą Casimira, który patrzał ma mnie z wściekłością.
Spojrzałąm na swoje odbicie w kałuży. Wyglądałam tragicznie. Całą twarz i sukienka we krwi...
- Sukinsynu, zniszczyłeś taką ładną sukienkę!

Przepraszam za brak rozdziału wczoraj, ale dziś odrabiam straty. Odłączyli nam internet na cały dzień, bo coś tam schrzanili przy łączach. W każdym razie Alex wyruszyła na tą swoją misję i nie obyło się bez komplikacji, jak przewidział nasz jasnowidz - kolorowa98 <3
Ale czy przewidzicie reakcję Michael'a na zachowanie ukochanej? :P
Do jutra ;***

sobota, 13 lipca 2013

Wiem

- Jezu, było fantastycznie! - Nat nie mogła przestać mi opowiadać o swojej wczorajszej randce z Owenem. - On i ja jesteśmy sobie przeznaczeni! Owen jest taki uroczy i w ogóle...
- No, fajnie.
Taaa, bardzo fajnie. Może i jest ciekawie, jak się słucha tego opisu pierwszy raz, a nie setny.
Bo wczoraj o 12 w nocy zadzwoniła do mnie i mi to opowiadała.
- I wiesz co było dalej.... No nie mogę...
- Tak, wiem, pocałował cię i powiedział "Słodkich snów, mała", a ty poszłaś do domu - położyłam się na biurku i zakryłam uszy rękami.
- Tak, pocałował mnie! Czy to nie wspaniałe?
- Wspaniałe jak cholera - mruknęłam.
- Ale ty mnie nie słuchasz!
Wzruszyłam ramionami. Boże, zaraz chyba zwariuję. Spojrzałam na Owena, który siedział po drugiej stronie gabinetu. Pewnie w coś gra.
Ze swojego gabinetu wyszedł Mike z Sean'em.
- Tak jak wam wiadomo, mamy za zadanie schwytać Casimir'a Whelan'a. Facet jest odpowiedzialny za włamania do sieci CIA i handel bronią oraz narkotykami, oskarżony o zabójstwo podczas porachunków mafii, więc my musimy go zwinąć. On niczego nie podejrzewa i w nocy wybiera się na imprezkę, którą organizują jego kumple. Wpływowi i niebezpieczni, jak on. Bardzo trudno dowiedzieć się, gdzie jest, ale właśnie dostałem cynk, więc musimy tej akcji nie spieprzyć.
Ponoć gdy mnie jeszcze nie było w biurze, jedną akcję z Casimire'm spieprzyli.
- Potrzebujemy kogoś, kto zajmie się nim w środku, ale mamy tylko jedno zaproszenie.
- Ja mogę! - powiedziałam.
Skopać tyłek zwyrodnialcowi? Jasne!
Michael popatrzał na mnie i zmarszczył czoło.
- Musimy pamiętać, że mimo kamer monitoringu, do których podłączy się Nat, może to być niebezpieczne. Ja nie mogę pójść, bo mnie już zna - skrzywił się Mike. - Będę na zewnątrz przecznicę dalej z resztą, a jedna osoba wchodzi, dosypuje mu środku usypiającego do drinka i wywabia z klubu...
- Ja mogę to zrobić - powiedziałam.
Zgromił mnie wzrokiem.
- I chyba wszyscy zgodzicie się, że powinien pójść Sean - dokończył wreszcie.
Poczułam, jak robię się coraz bardziej czerwona ze złości. Wściekła podeszłam do Michael'a i zapytałam przez zęby:
- Możemy porozmawiać?
- Za chwilę.
Nie wytrzymałam. Nic z tego nie rozumiałam. Nie chciał dopuścić mnie do akcji! Chociaż ja sama się zgłaszałam.
- Michael, co ty odstawiasz?! Jaki Sean? Dlaczego on?
- Bo ja nie mogę pójść - wydawał się tym faktem rozzłoszczony. - Nat zajmie się monitoringiem, Owen przyda mi się na zewnątrz razem z tobą... Sean wywabi go ledwie przytomnego z klubu, już to omówiliśmy, prawda Sean? Znasz plan?
- Nie rozumiem cię - przerwałam jego rozmowę z Sean'em. - Potrzebujesz obstawy klubu na zewnątrz i kogoś, komu facet zaufa w środku. Komu prędzej zaufa, mi czy jemu?
- Faktycznie, Alex ma rację - przyznali Sean z Owenem.
- Cicho! Omawialiśmy to, działamy z planem.
Zaśmiałam się.
- Michael, ten plan jest badziewny! Do dupy! - byłam coraz bardziej rozzłoszczona. - Dobrze wiesz, że jeśli ja wejdę, będzie mniej podejrzliwy, niż jeśli zobaczy obcego osiłka! Nie rozumiem cię, myślałam, że dbasz o dobro misji...
- Ale bardziej dbam o twoje dobro! - wydarł się.- On jest niebezpieczny. Jeśli coś pójdzie nie tak...  Sean jest szkolony przez CIA do takich misji, da radę...
- A uważasz, że ja nie dam?! - to, co powiedział, było ciosem poniżej pasa.
- Kłótnia dorosłych - prychnął Owen.
Zignorowaliśmy go oboje.
- Nie chcę ryzykować, że się nie powiedzie, że coś ci się stanie... - mówił łagodnie.
- Nie chcesz, aby coś się stało?! Więc zmniejsz ryzyko! Weź mnie do tej misji!
- Nie - powiedział stanowczo.
Wciągnęłam gwałtownie powietrze.
- Kocham cię, ale nie będę cię słuchać! Za wszelką cenę chcesz mnie chronić, ale nie patrzysz, jak ja się z tym czuję. Uważasz, że nie dam rady z tym zadaniem, choć robiłam, wszyscy robiliśmy, już nie takie rzeczy. Odpuść, Michael.
Spojrzałam na niego zimno, ale jego spojrzenie złagodniało. Była w nim troska i... Błaganie.
Ale ja nie zrezygnuję, to dobra decyzja. Najlepsza.
- Świetnie - jego głos, jak i wzrok na powrót stały się lodowate. - Natasha; monitoring i pluskwy. Sean, Owen i ja; obstawa klubu. Alexandra wchodzi do środka. Dzięki wszystkim, możecie już iść. Nat, zostaniesz i przygotujesz sprzęt w busie?
- Jasne.
- W takim razie, to wszystko.
Ruszył w stronę swojego biura.
Cholera.
- Michael! - zawołałam  i poszłam za nim.
Wpadłam do jego biura kilka sekund po nim. Okrążył biurko i usiadł na krześle.
- Michael, ja...
- Przepraszam - schował twarz w dłoniach. - Masz rację, nie chcę cię dopuścić do akcji. Martwię się.
- Wiem.
- Tam może być niebezpiecznie. Whelan i jego kumple, mafia...
- Wiem.
- Będziesz tam sama, nie będziemy mieli nikogo innego w środku.
- Wiem.
- Jeśli coś pójdzie nie tak, będziesz musiała sama coś wymyślić i improwizować, by doprowadzić misję do końca. I dopilnować, by nic ci się nie stało.
- Wiem.
Poderwał się gwałtownie z krzesła.
- Do cholery, nie wiesz! Zawsze byłaś z kimś, nie sama. Nie byłaś w takiej sytuacji!
- Byliśmy w gorszej sytuacji, w starej fabryce, gdzie trzymali Evelyn, gdy je porwano...
- Ale wtedy zawsze byłem obok. I zawsze mogłem cię chronić!
Cholera. Więc o to chodzi. Zawsze ją chronił.
Przed prawdą o Oliverze. Przed Luke'iem w fabryce. Przed kulą podczas porwania, gdy to niemal nie umarł, zasłaniając ją własnym ciałem... Nawet w pierwszy dzień ich znajomości, gdy uratował ja przed facetem z nożem, tam, na uliczce.
Teraz zrozumiałam, dlaczego zawsze był przy mnie. Od zawsze mnie kochał. Odkąd mnie tylko poznał.
Jak mogłam go nie posłuchać, skoro chce dla mnie jak najlepiej? Troszczy się o mnie. Martwi się.
- Michael, nie musisz zawsze być przy mnie, tuż obok - powiedziałam, a on się skrzywił. - Potrafię o siebie zadbać.
- Jesteś odpowiedzialna za misję - podszedł do mnie i złapał mnie za ręce. - Jesteś odpowiedzialna za to, by nic ci się nie stało. Rozumiesz?
- Tak.
Naparł swoimi ustami na moje usta i pocałował, powoli, z uczuciem.
- Wierzę ci. Kocham cię.
- Ja też cię kocham.
- Jedźmy już.

I jak? Panie i panowie, udowadniam właśnie wszystkim, że nasza kochana parka nie jest idealna i nieraz potrafi sypnąć sobie po kilka ostrych słówek. Pierwsza kłótnia za nami ;D
Ale jeszcze nie ostatnia, wiele przed nami.
Miejmy nadzieję, że to tylko potęguje ich uczucia względem siebie. 
Ciekawi mnie, po czyjej stronie staniecie? Kto ma rację? Alex czy Mike?
PS.
Ja nadal dodaje w poniedzialki, srody i piatki. Po prostu w czwartek dodalam wieczorem, bo piatek mialam zajety. Ciesze sie, ze ktos zaglada tu nawet wtedy, gdy nic nie dodaje. A dzisaj taki bonus dla czytajacych.
(Przepraszam za polskie znaki, mam problemy z klawiatura)

czwartek, 11 lipca 2013

Jak dziecko

Przeprowadzka poszła szybko, ale nie myślałam, że będzie aż tyle rzeczy do przewiezienia. Ubrania, pamiątki, zdjęcia, sprzęty, niektóre meble, przy których uparł się Mike... I gigantyczny fotel-piłka.
- Po co ci to? - zapytałam go zirytowana.
- Potrzebne. Jestem kibicem futbolu.
Uniosłam brew, zrozpaczona.
- Skarbie, i gdzie to postawimy?
Usiadł na fotelu i oznajmił:
- Jeśli bierzesz mnie, musisz wziąć i jego.
Pokręciłam głową i parsknęłam śmiechem.
- Jesteś jak dziecko.
Stałam akurat blisko niego, więc złapał mnie za bluzkę i przewrócił prosto w swoje ramiona. Namiętnie pocałował.
- Alex? - zrobił smutną minkę.
Boże, dlaczego on tak na mnie działa? Stwierdziłam, że faceci niszczą kobiety. Ze stanowczej w uległą.
- Dobra, dobra! Bierzemy to dziadostwo do busa i wieziemy! Jak się pokłócimy, będziesz miał na czym spać - wystawiłam mu język.

A później wylądowaliśmy w wielkim salonie u Susan i Johnatan'a,  z Evelyn, która do nich wpadła na kawę.
Naprawdę, matka bardzo zakumplowała się z Susan. Przynajmniej nie będzie między nimi sporów, jakie zawsze są między dwoma teściowymi.
A przynajmniej taką miałam nadzieję.
- No, czemu zawdzięczamy waszą wizytę?
Przełknęłam ogromną gulę w gardle. To ja miałam teraz przekazać radosną nowinę. Ok, tylko jak?
Spojrzałam na Michaela. Pokręcił głową, a ja wściekła, zaczęłam wymachiwać rękami i wskazywać na niego, żeby to on mówił. Z uśmiechem pokręcił tylko głową.
- No dobra, na migi nie rozumiemy - zaśmiał się John.
Zarumieniłam się. Próbowałam dawać subtelne znaki.
- Zaręczyliśmy się! - powiedział wreszcie Michael.
- Jej, to wspaniale! Tak się cieszę! - babki od razu się dogadały i zaczęły nas ściskać.
Johnatan podszedł i poklepał Mike'a po plecach, a mnie objął.
- Dziewczyno, nie myślałem, że jesteś aż tak zdesperowana - oznajmił John. - Wiesz, na co się piszesz? W końcu to Michael.
- No wiesz, wielkie dzięki! - jęknął Mike.
- Tak tylko ostrzegam.
- Susan, a wiesz, że Johnatan... - zaczął Mike z niewinną minką.
- No, dobra. Nie macie nic do załatwienia? Komu w drogę, temu kopa... A ciebie to ja chyba zabiję... - szepnął do Michael'a.
Pożegnaliśmy się szybko i wyszliśmy. Swoją drogą, ciekawe, jaki sekret Johna Mike chciał zdradzić...

Taki krótki, nudny i głupi rozdział, ale teraz zbliżamy się do ciekawych momentów i nieuchronnego końca w części I. W każdym razie, nie chcę was zanudzić na śmierć, więc co powiecie na niezłą akcję w sobotę? A raczej początek niezłej akcji... 

wtorek, 9 lipca 2013

Kino, imprezka i takie tam...

W kinie było świetnie! Wtulona w Michael'a oglądałam jakiś kiczowaty horror, pełen krwi, latających części ciała i jakiś głupich seryjnych morderców, którzy cieli ofiary na kawałeczki. Idiotyzm.
Ale najważniejsze, że byłam tam razem z moim NARZECZONYM.
Cholera.
Narzeczony.
Ok, nie stresujemy się.
Pani Lawrence. Alex Lawrence. Alexandra Lawrence. Narzeczona Michael'a Lawrence'a. Żona Michael'a Lawrence'a. Alexandra Lawrence.
Żeby się odstresować spojrzałam na ekran kinowy, gdzie właśnie facet odrąbywał głowę swojej nowej ofierze.
Parsknęłam śmiechem, na co Mike popatrzał na mnie zdziwiony, jak zresztą wszyscy siedzący obok.
- No co? - zapytałam.- To jest śmieszne. Widać, że to sztuczne, bo krew pryska nie pod tym kątem i jest jej o wiele za dużo.
- Wiem - przytaknął. - Ale podoba mi się, jak ona odpada. I się toczy - zaśmiał się.
- Wariaci! -usłyszałam głos za sobą.
Jeszcze bardziej zaczęliśmy się śmiać.
Oglądałam już film w milczeniu, ale pod koniec, gdy zagrała niespokojna muzyczka i zza drzwi wyskoczył tamten sam facet z siekierą, Michael, usiłując mnie przestraszyć, ryknął mi:
- Buuu! -prosto do ucha.
Ludzie znowu popatrzeli na nas jak na wariatów.
- Przepraszam, mój chłopak zapomniał wziąć dzisiaj tabletek, to dlatego... - wyjaśniłam im.
- Narzeczony - poprawił mnie z uśmiechem.
- Nie ciekawi was film, to dajcie oglądać innym!
- Spoko, spoko.

- Jesteś pewna, że musimy jechać na tą imprezę? - zapytał Michael po wyjściu z kina.
Byliśmy już przy jego aucie na prawie opustoszałym parkingu.
- Tak, bo inaczej Natasha nie da nam spokoju.
- Chrzanić ją - mruknął i mnie pocałował.
- Nie chcesz jechać na imprezę? Masz może inne plany? - wydyszałam.
Zsunął usta na moją szyję.
- Owszem.
Cholera. Potrafił być przekonujący, nawet bardzo przekonujący.
- Michael - powiedziałam stanowczo.- Obiecałam jej.
- Chrzanić ją - westchnął ciężko. Po chwili jednak oderwał się ode mnie. - Wsiadaj. Jedziemy na imprezę.

Uściskałam Owena, Natashę i Seana.
- Ślicznie wyglądasz - pochwalił Sean.
- Dzięki.
- Ale tak nie pojedziemy- pokręciła głową Nat. - Mam dla ciebie ciuchy. Idziemy.
Pociągnęła mnie za rękę i po chwili wylądowałyśmy w jej wielkiej garderobie. Zaraz wyciągnęła jakiś czarny skrawek materiału z szafy i podała mi go. Odruchowo złapałam to w ręce.
- Co to jest? - apytałam.
- Sukienka, nie gadaj, tylko ubieraj.
Rozprostowałam sukienkę. Jakby było co ubierać.
- Mam nadzieję, że się rozciągnie - mruknęłam.
Spojrzała na mnie z politowaniem, a ja zabrałam się za ubieranie. Kiedy skończyłam, podeszłam do wielkiego lustra zajmującego pół ściany. Aż sapnęłam.
- Co to ma być?!
Sukienka była krwistoczerwona, krótka do połowy ud i z wąskim, głębokim dekoltem.
- Skąd to wzięłaś?
Parsknęła i zakładała właśnie bransoletki pasujące do kreacji podobnej do mojej, tyle że czarnej.
- Nie znałam cię od tej strony - przyznałam.
- No tak, bo ja mam siedzieć z głową przed ekranem komputera? Nie, moja kochana, imprezy to też coś fajnego - uśmiechnęła się do mnie . - A teraz załóż jeszcze to... - wyciągnęła w moim kierunku czerwone, cienkie bransoletki. - Cholera, co to jest?
Wpatrywała się właśnie w pierścionek.
- To... No... Uhm... Nic! - schowałam rękę za siebie.
- Zabiję gada! Co on ci zrobił? Serio, Michael? Jeden facet na całe życie? Wiesz, w co ty się pakujesz?
- Hej! - krzyknęłam oburzona, gotowa bronić Mike'a. - To nie jest facet na całe życie. To facet mojego życia.
- Biedaczko, masz omamy? - podeszła i położyła rękę na moim czole, sprawdzając temperaturę.
Parsknęłam śmiechem. Była po prostu zabawna.
- Tobie też Owen skradł serce. "Się wie!" - zaczęłam naśladować chłopaka.
- Chodźmy już - szybko zmieniła temat.
- Nie wyjdę w tym - pokręciłam przecząco głową.
- To cię wyciągnę.
- Próbuj.
Spróbowała.
Wyciągnęła mnie na chama z garderoby na korytarz, gdzie czekali chłopcy.
- Michael, co to ma znaczyć? Co ona ma na palcu? - zapytała Mike'a.
- Czyli już wiesz? - nie wydawał się skrępowany. - Oświadczyłem się Alexandrze. Przyjęła oświadczyny - oznajmił z uśmiechem chłopakom.
Owen popatrzał na niego zdumiony, Sean pokręcił głową.
- Michael! To nie miało być tak! Miałeś czekać do środy, kurier miał przynieść te róże, a ty... - zaczął Sean.
- Sory stary, dzięki za pomoc w przygotowaniach, ale już po sprawie. Nie mogłem dalej zwlekać - zaśmiał się.
- Sean, o wszystkim wiedziałeś?! - jęknęłam, w tym samym momencie z Natashą..
- A jak myślisz, kto pomagał w wyborze pierścionka? - puścił do mnie oko. - A przy okazji, ładnie wyglądasz. Ale dlaczego ubrałaś się w połowę sukienki?
- O nie! Natasha nie wie o oświadczynach, krytykuje się to, jak Natasha wystylizowała Alex... - narzekała Natasha w drodze do samochodu.
- Nie przejmuj się, i tak cię kochamy - zaśmiał się Owen, a małej momentalnie poprawił się humor.
No, może na tej imprezie nie było wcale tak źle? No fakt, wieczór w ramionach Mike'a w żadnym wypadku nie mógł być zły.
Sean i Owen nalegali, byśmy z Michael'em wypili chociaż po drinku, ale oboje odmawialiśmy.
- Musimy jakoś dojechać do domu - usprawiedliwił się Mike.
- To jak ty nie chcesz, to chociaż Michael niech się z nami napije! Ty bądź kierowcą - podsunął Owen.
Michael dla spokoju wypił z nimi jednego drinka, na toast "Narzeczonych!".
- Co robicie jutro po południu? - zapytał Owen.
- Przeprowadzkę. A co? - odpowiedział Mike.
- Przeprowadzkę? Nie no. Przeprowadzka Mike'a, oświadczyny... Jesteś w ciąży! - wskazała na mnie palcem.
Zakrztusiłam się wodą, którą właśnie piłam.
- Co?! Nie, nie, nie!!!
Wszyscy spoglądali na mnie dziwnie. Natasha odetchnęła z ulgą.
- To dobrze.
- Co to w ogóle za pomysł?!
- Głupi. A macie czas wieczorem? - wypytywał nadal Owen.
- Sory stary, ale chyba nie. A co?
- Zastanawiałem się nad podwójną randką. No wiesz, ty z Alex, ja z Nat - wyjaśnił. - Ale w takim razie pójdziemy sami.
Teraz to Natasha się zakrztusiła, też wodą, bo ona też była dziś kierowcą.
- Co?
- No wiesz, randka. Przyjadę o ciebie o 7? - zapytał.
- Ja... Ehm... Jasne.
Zaśmiałam się.
W towarzystwie przyjaciół czas mijał szybko, ale marzyłam o zostaniu sam na sam z Michael'em.

- Wreszcie sami - zaśmiał się Mike.
Właśnie dojechaliśmy pod mój dom, po drodze wstąpiliśmy do Mike'a po jego najpotrzebniejsze rzeczy.
- Właśnie - zaśmiałam się i go pocałowałam.
- To co chciałabyś zjeść na kolację? - zapytał mnie po wejściu do domu.
- Postawmy sprawę jasno: boję się twojego gotowania, więc w kuchni rządzę ja.
Uniósł do góry ręce w geście poddania.
Po kolacji i rozpakowaniu jego rzeczy  wzięłam się za zmywanie naczyń, a Michael zniknął w łazience.
Tak bardzo się cieszyłam. Z Mike'iem przy boku mogłam się rozluźnić, przestać się martwić, a nawet spokojnie myśleć o przyszłości. I do tego ta wzmianka Natashy o ciąży... Wcześniej nie wiedziałam, że tego chcę. Ale teraz oczami wyobraźni widziałam obraz siebie, Michaela i małego zawiniątka w jego ramionach, tak podobnego do mnie i do niego...
Przez myśl przeszło mi "Może kiedyś...".
Tak się rozmarzyłam, że przestałam zmywać i tępo wpatrywałam się w leżące w zlewie talerze.
- Daj, dokończę - usłyszałam głos Mike'a.
Z mokrymi włosami i owinięty w ręcznik przejął ode mnie gąbkę do naczyń.
- To ja lecę pod prysznic i się przebrać.
- Podoba mi się ta sukienka - powiedział. - Ale nie podoba mi się, jak na ciebie patrzą inni mężczyźni. Na przykład tam, w dyskotece. Chyba jestem zazdrosny - wyznał.
- Nie potrzebnie, dobrze o tym wiesz - dałam mu buziaka i ruszyłam w kierunku łazienki.
Zmyłam makijaż, wzięłam prysznic, umyłam zęby i ubrałam się w cienką bawełnianą koszulę nocną. Lekko wilgotne włosy zaplotłam w warkocza i wyszłam z łazienki wpadając prosto na Michaela.
- Cholera! - zaśmiałam się. - Znowu na ciebie wpadam?
- Czekałem tu. Jak się miewa przyszła pani Lawrence?
- Musimy o tym powiedzieć Evelyn i Susan i Johnatan'owi.
- Może jak się jutro szybciej wyrobimy z przeprowadzką to podzielimy się z nimi radosną nowiną? - cały promieniał.
- Nawet nie wiesz, jak cię kocham.
- Wiem.

Witam! Od razu informuję o dwóch nowościach, których mogliście nie zauważyć. Obie wiążą się z Nicole. A mianowicie: zmieniłam jej wygląd na bardziej odpowiedni, jak stwierdziłam. No i dodałam zakładkę "Zapowiedzi części II", przeczytajcie, a was oświeci. Dzisiejszy rozdział wydaje mi się dłuuuugi. Co wam się najbardziej podobało?
O, zapomniałabym: Oficjalnie witam DUŚKĘ , która jako czytelniczka ujawniła się komentarzami, za co bardzo dziękuję ;*
No i jeszcze jedna sprawa. Dzisiaj, po miesiącu niepewności, wreszcie ustaliłam, jakie będzie zakończenie pierwszej części bloga. Całkowity zwrot o 360 stopni ;D
Ale dowiecie się więcej w swoim czasie.
Pa, Miśki ;***